Pytam więc: Po co Rosjanom Gombrowicz? Po co w dodatku książka tak prowokacyjna i przewrotna jak „Dziennik”? Czy nie wystarczy im „Człowieka w futerale” – albo już nawet „Szynelu”? Rosjanom, którzy mają najlepszą literaturę pod słońcem? Którzy mają „Zapiski iż padpolija”? Przecież większość tych idei, które pojawiają się w „Dzienniku” daje się wyprowadzić z ich własnej twórczości – wystarczy, jeśli będziemy to wszystko dobrze czytać. Jest tam tyle o Formie, przejawiającej się pod różnymi postaciami, o uleganiu jej, że doprawdy więcej nie trzeba. A niedojrzałość? To widzimy na co dzień, zresztą nie tylko w Rosji, bo jeszcze bardziej w samo-infantylizującej się Europie. A tragiczne odczucie życia? O tym w Rosji śpiewa cała Rosja. Okudżawa, Wysocki, Galicz, nawet śpiewa Rosenbaum, przyjaciel premiera Putina. Jeśli zaś chodzi o jeden z podstawowych motywów twórczości Gombrowicza, cierpienie, to któraż literatura opisuje go więcej niż rosyjska? Tu pojawią się całe łańcuchy nazwisk, szczególnie w czasach sowieckich. Czego więc nie dostaje rosyjskim elitom, co mógłby im dodać Gombrowicz? Otóż wydaje mi się, że jest coś takiego – a może nawet są to dwie rzeczy, u Gombrowicza ze sobą związane. To dystans – i humor. To śmiech. Oczywiście, jest go w twórczości rosyjskich pisarzy wiele, ba – bardzo wiele. Tak dużo, że chyba nie ma potrzeby wymieniać nazwisk. Jednak w przypadku Gombrowicza chodzi o dystans wobec samego siebie i swoich duchowych wyrobów – oraz o śmiech z siebie. No i także śmiech z tego, co w dziedzinie ducha do tej pory zrobiliśmy. Tu – tak mi się z daleka wydaje – z Gombrowicza może się Rosjanom przydać. Kto wie, może nawet bardzo przydać?
PS. (21 lipca 2011)
Chciałem napisać, po co Gombrowicz braciom Rosjanom… ale dzięki niedawnemu wyjazdowi do Petersburga szybko zrozumiałem, że mogę co najwyżej powiedzieć, po co był i nadal jest Gombrowicz potrzebny mnie – i czego mnie nauczył. Zajmowałem się jego twórczością dość systematycznie przez pięć bodaj lat – od momentu, gdy zetknąłem się z nią w czasie studiów. Mogę śmiało powiedzieć, że bardzo wiele z tego, co stało się ze mną od owej chwili, wyglądałoby inaczej, gdyby do tamtego spotkania nie doszło. I mogę podziękować Losowi, że urodziłem się pod taką gwiazdą – w czasach, gdy jego twórczość już istniała. No i jeszcze jedno: Że na początku moich poczytywań nie rozumiałem z Gombrowicza nic – a przynajmniej bardzo niewiele.
Właśnie dlatego, przez moją ignorancję, wszystko się zaczęło. Bo stała się ona źródłem mojego najgłębszego poniżenia. Nie mogłem nie przyznać przed sobą, że nigdy przedtem nie spotkałem się z Duchem, który tak by się mną zajął… i tak mną bawił. Tak drwił, mylił tropy, żartował. Pokpiwał, stwarzał mi złudzenie że już coś o nim wiem, a potem znów, gdy zdawało się, że udaje mi się łapać go za ogon, pan Witold znów ze śmiechem uciekał. Było to tak irytujące, tyle było w tym prowokacji, nawet szyderstwa, że zrozumiałem, że mam tylko dwa wyjścia: Albo odrzucić go, uznać, że w ogóle Gombrowicz nie istnieje, nigdy nie istniał, albo wziąć się do roboty i spróbować zrozumieć, o co mu właściwie chodzi. Bo jeśli tego nie zrobię, to… Tak, trzeba to powiedzieć: To mnie nie będzie.
To było jak odzyskanie utraconej czci. Szacunku do samego siebie. Także poczucia duchowej godności. Bo do tej pory byłem tylko uczniem. Byłem co najwyżej studentem – a on wzywał mnie, abym był mu równy. Nie poprzez ksiązki, dzieła, nie na poziomie artystycznym, bo to doprawdy nie jest najważniejsze. To także czasem nie do zrobienia. Równy jako człowiek – to znaczy nie rezygnujący ze swojej dumy i poczucia duchowej suwerenności. Do tego mnie Gombrowicz wezwał, a wzywając wskazał też drogę. Jak każdy wielki nauczyciel, tak i on nie tyle mnie pouczał, co pociągał przykładem: „Ja zrobiłem to tak, spróbuj, może i dla ciebie ten sposób okaże się użyteczny”. Wskazywał sposoby, techniki, metody, z których pierwsza i najważniejsza to dystans wobec tego, co nas uciska. Co nam doskwiera. Co kłodą na drodze… a co może się stać materiałem, z którego wyciosamy szczudło, jeśli nie katapultę. Do tych technik dodawał jeszcze coś. Jeśli nasza walka, wysiłek w staraniach o dotarcie do samych siebie, stworzenia nas świadomych okaże się zbyt trudny, mozołem nas przygniatającym, wówczas zawsze mamy jeden niezawodny ratunek. Śmiech. Z nas samych, naszego uporu, zacietrzewienia, naszej w tym śmieszności. Bo ona także przecież jest, czyha i nie odstępuje na krok. Ten śmiech, on nas wyzwoli i przyniesie ulgę. Złapawszy oddech, chwilę odpoczynku, będziemy mogli znów powrócić na naszą ścieżkę.
Tego nauczył mnie Gombrowicz. No i jeszcze kilku innych rzeczy.
Pokory.
Realizmu.
Szczerości wobec innych i samego siebie.
Także tego, że jeśli już otwierasz usta, to twój głos powinien brzmieć suwerennie i kategorycznie
I zostawił też dyskretnie się pojawiającą pociechę, że w tej walce, z sobą samym a po trochu ze światem, jeśli tylko będziesz się starać, co i raz błyskać będzie – jakby sam Bóg puszczał do ciebie porozumiewawcze oko – łut prawdziwego Piękna.
