Wyprawa na półwysep Kolski

Waldemar Zdrojewski

Pierwszy raz przyjechałem do Petersburga w maju 2008 roku, na motocyklu. Natychmiast poczułem siłę tej metropolii. Koloryt, fotogeniczność i pewna nieprzewidywalność miejsca były i nadal są dla mnie fascynujące. To słodko-gorzki świat, z odrębną duszą. Poznałem wielu interesujących ludzi i wiele ciekawych miejsc. Dla fotografa dokumentalisty to przestrzeń absolutnie nieskończona. W ciągu tych 11 lat byłem na wszystkich najważniejszych świętach związanych z tym miastem. Moim ulubionym jest święto Matrosów, które odbywa się pod koniec lipca. Zrozumiałem, jak ważne jest ono dla całej metropolii. To właśnie w Sankt Petersburgu mieści się największa w Rosji Akademia Marynarki Wojennej. Podczas tego wydarzenia miasto oddycha pełną piersią. Mieszają się szaleństwo i duma.

Z wielu wypraw do Petersburga mam dużo wspomnień: zarówno tych miłych, jak i tych o dramatycznych. W 2015 roku zostałem napadnięty i obrabowany. Przeprowadziłem również wiele gorących rozmów na tematy geopolityczne. Niestety negatywnie na temperaturę tych rozmów wpływa obecna pozycja Rosji wobec Polski. Chodzi nie o historię, ale o obecną sytuację, więc dyskusję bywają czasem ogniste…

Osobiście życzyłbym sobie, aby relacje między naszymi krajami były lepsze. W końcu jesteśmy Słowianami.

W tym roku zaplanowałem, że po święcie Matrosów pojadę dalej. Za cel obrałem Półwysep Kolski, poniekąd śladami rosyjskiego kina, które jest dla mnie bardzo istotne. Szczególnie cenię zarówno to dawniejsze, jak i współczesne kino tego kraju. Na półwyspie Kolskim zrealizowano dwa znakomite filmy: Wyspę w reżyserii Pavela Lugina i prawie oskarowego Lwiatana w reżyserii Andrieja Zwiagincewa (film ostatecznie przegrał Oskara z polskim filmem Pawła Pawlikowskiego Ida)

Moim starym terenowym samochodem ruszam w nieznane na północ Rosji. Najpierw Kiem, to właśnie tam Lugin kręcił swój zaczarowany film o człowieczeństwie, nawracaniu, o słabościach i duchowości, o wszystkim tym, czego według mnie zaczyna brakować człowiekowi we współczesnym świecie.

Po drodze szukam miejsc do biwakowania (jadąc terenówką jestem niezależny, w samochodzie mam dobre warunki, miejsce do spania, kuchnię i inne biwakowe sprzęty). Szukałem też miejsc, gdzie mogę pływać i palić ogniska. Znajdowałem je bez większych problemów.  

Na Kiem dojechałem popołudniem. Panowało przenikliwe zimno, padał deszcz, wiał bardzo silny wiatr. Statki nie wypływały z portu, a to właśnie z Kiemu można się dostać promem na świętą prawosławną wyspę Solevetsky na morzu Białym.

Setki prawosławnych wiernych i dziesiątki mnichów czekały na poprawę pogody, co nastąpiło nazajutrz, a ja znalazłem miejsca związane z filmem Wyspa. Poczułem tę magię i ten klimat. Absolutnie genialne miejsce na ziemi. Serce biło mocniej, choć nieco się rozczarowałem, gdy dowiedziałem się, że cerkiew, w której kręcono sceny do filmu, nie była prawdziwą cerkwią, a jedynie starym drewnianym domem adaptowanym na potrzeby produkcji. Cóż, chwała scenografowi, że potrafił oddać klimat.

Z Kiemu jadę do Murmańska. Przede mną ponad 500 km. Po drodze ogromne lasy, rzeki jeziora. Przyroda, a także obiekty industrialne, wielkie fabryki, elektrownie, torowiska kolejowe.

W Murmańsku wynająłem mieszkanie na 9 piętrze, z imponującą panoramą miasta, portu, fiordu, który nigdy nie zamarza. Z okien miałem widok na monumentalny pomnik żołnierza, który króluje nad całym Murmańskiem, gloryfikując waleczność miasta podczas wojny ojczyźnianej. Hitler próbował je zdobyć kilkakrotnie. Bez powodzenia.

Murmańsk – miasto poza kręgiem polarnym – przyjęło mnie bardzo surowo. Jest sierpień, a tu temperatury od +2 do 7 stopni Celsjusza… Trochę zwiedzania miasta i objazd po okolicach.  W tym czasie do portu przypłynął z Kaliningradu wspaniały żaglowiec Kruzenshtern. Zacumował obok wielkiego okrętu atomowego lodołamacza „Lenin”. Była to duża atrakcja dla mieszkańców Murmańska. Tworzyły się ogromne kolejki chętnych zwiedzić okręty. Odwiedziłem też jedyny na świecie kościół katolicki poza kręgiem polarnym, św. Michała Archanioła w Murmańsku.

Murmańsk to trudne miasto. Takie, jakiego dotąd jeszcze nie widziałem. Do dziś zastanawiam się, jak można tam żyć i jak można realizować tam swoje marzenia. Jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy potrafią to robić.

Po trzech dniach w srogim Murmańsku ruszam na wymarzoną Teribierkę. Niby blisko, a jednak daleko. 120 km, z czego około 50 km bezdroży wśród surowej pięknej Tundry.

Ostatni odcinek krętej drogi ukazuje widok na zatokę nad morzem Barensa. To miejsce, które dobrze znam z filmu Lewiatan. Jakkolwiek pogoda nie rozpieszcza, jest mglisto, zimno i mokro, jestem szczęśliwy, że tu dotarłem.

W zatoce stare powalone statki. Tuż obok domy widma. A jeszcze niedawno mieszkało tu kilka tysięcy ludzi. Teraz jest tu zaledwie około 500 mieszkańców.

Film Lewiatan oddaje w pełni mroczny klimat tego miejsca. Autochtoni opowiadali mi, że słońca właściwie tu nie ma. Są za to piękne zorze polarne, które rozjaśniają ten kraniec świata. Bez cienia przesady można powiedzieć, że tu kończy się świat, a niedźwiedzie chodzą po ulicach. Natura jest tu władczynią, człowiek musi jedynie być jej poddanym.

Mieszkałem w hostelu, w którym gospodarz gościł całą ekipę filmową Lewiatana. Opowiadał, jak realizowano zdjęcia do filmu tuż obok jego budynku.

Kolejnym artystycznym rozczarowaniem był moment, w którym dowiedziałem się, że szkielet ogromnego tytułowego filmowego lewiatana był rekwizytem zrobionym z tworzywa sztucznego. Ot, rozczarowanie małego chłopca, który chciał zobaczyć z bliska prawdziwego potwora.

Długie wędrówki z aparatami, zarówno w dzień, jak i w nocy, która w rzeczywistości jest jednie półmrokiem, pozwoliły mi poczuć to wspaniałe, ale ziejące grozą miejsce.

Dwa małe sklepy w klimacie postsowieckim zaopatrzone w dosłownie wszystko, co jest niezbędne do życia. Bania ruska, mały port, „seledynowy” cmentarz na wydmach, urząd gminy, trzy hostele, w których jest wielu wędkarzy i turystów ze wszystkich stron świata (najwięcej z Chin). W moim hostelu pomieszkiwała na przykład księżniczka z Tajlandii. Trzy kilometry lokalnej drogi i żadnej stacji benzynowej. Cała Teribierka. Podobnie jak inne małe osady i wsie powoli umiera. Starzy ludzie odchodzą z tego świata, a młodzi szukają komfortowego życia i uciekają do dużych miast, gdzie jest im po prostu łatwiej.

 Sam nie wiem, jak można tam przetrwać zimę, która trwa pół roku. Ludzie jakoś sobie jednak radzą. Niestety czas nieubłaganie mija i „nada” wracać do Polski. Żegnam się z Teribierką, obiecując sobie, że wrócę tam kiedyś. Lubię powroty do miejsc, w których już byłem.

Powrót do Polski zaplanowałem inną trasą, objeżdżając ze wschodniej strony jezioro Omga.

Jezioro wielkości jednego województwa w Polsce. Dzikie miejsca postojowe z ogniskami tworzyły niesamowitą atmosferę. „Po omacku” dotarłem przypadkiem do wsi Sosnowka. „Zacumowałem” swojego „konika” (tak nazywałem swój samochód) przy brzegu jeziora. Pogoda nieco się poprawiła, ale nadal zimno. Jakieś 12, może 15 stopni Celsjusza. Woda w jeziorze zimna, ale kąpiele były obowiązkowe. Jezioro jest tak czyste, że ludzie używają jego wody do picia. W Sosnowce odwiedzały mnie ciekawskie dzieciaki, a później ich rodziny. Atmosfera przemiła, zapraszali do domów, przynosili pyszne placki i ryby, a kartoszki piekliśmy w ognisku. Żal było opuszczać to miejsce. Czułem się jak na wakacjach, które spędzałem w latach 70 ubiegłego stulecia na polskiej wsi nad rzeką Wartą.

Droga powrotna w stronę największego jeziora w Europie Ladoga była trudna. Ponad 200 km szutrowych bezdroży z ogromnymi koleinami i dziurami, a miejscami tzw. tarką. „Konik” dawał radę, ale od tego telepania w garnkach same poodkręcały się śrubki.

Później już było dobrze. Jeszcze kilka chwil w drodze powrotnej w „moim” Petersburgu i via do domu, do Polski. Jednak, żeby było ciekawiej, to przez Estonię, Łotwę i… znów Rosję. Zahaczyłem o Kaliningrad. W sumie zrobiłem ponad 7,5 tyś km. Zajęło mi to miesiąc niespiesznej wyprawy. A ponieważ uwielbiam Rosję, jej osobliwy klimat i ludzi, planuję kolejną wyprawę – tym razem nad Bajkał. Nie wiem jeszcze, kiedy, ale już planuję.

Waldemar Zdrojewski

Urodzony w Łodzi. O sobie:” Fotografuję od zawsze”.

Absolwent Warszawskiej Szkoły Fotografii. Od 2008 roku wykładowca na UW w Laboratorium Reportażu (studia podyplomowe) oraz na specjalizacji Dokumentalistyka studia II stopnia magisterskie, wykłada fotoreportaż i sztukę fotografii oraz fotoedycję. Współpracował z Łódzkim Fotofestiwalem. Kurator wystaw fotografii. Juror konkursów fotograficznych. Twórca Galerii fotografii „Obserwacja”.

Gazeta Petersburska serdecznie dziękuję za możliwość współpracy i pomysły „ na życie”,

Jesteśmy zafascynowani utrwalonym spojrzeniem na świat, w tym na Petersburg i Północno-Zachodni region Rosji.

Dzielimy się z czytelnikami  fotoobserwacjami Autora. Warto spojrzeć na siebie innymi oczami.

Śledźmy inne spojrzenie na świat nas otaczający!

Życzymy panu Waldemarowi Zdrojewskiemu dalszych spotkań z Petersburgiem i przeistoczeniem ich w zaplanowany Album lub wystawę. Może w Petersburgu? Fotofestiwal?

Teresa Konopielko

Luty 2020-02-15 Petersburg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *