Sylwetki nauczycieli polonijnych

„Obyś cudze dzieci uczył”
(wywiad pierwszy)
I
„Wracam z Krakowa z poczuciem mocy i sprawczości swoich działań”.

Teresa Konopielko: tegoroczne lato obfituje w szereg imprez organizowanych przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” z przesłaniem dla nauczyciela polonijnego. Krakowskie warsztaty dla nauczycieli – praktycznie z całego świata – pod auspicjami Kongresu Oświaty Polonijnej stały się kolejnym otwarciem na sprawy edukacyjne szkolnictwa polskiego poza granicami Polski.
Należy Pani, zwracam się do początkującej nauczycielki polonijnej z Norwegii Uli Wardak, do grona osób, które przyjechały do Krakowa, by odkryć dla siebie to ”coś”, co im ułatwi pracę z maluchami. Więc zacznijmy od odkryć…

Ula Wardak: nadal świeże jest we mnie uczucie zachwytu, podziwu dla spotkanych ludzi. Na tyle sposobów, i z tak ogromną determinacją krzewią polskość, czasami w mało sprzyjającym klimacie. To ogromna motywacja, bym robiła więcej. Wracam z Krakowa z poczuciem mocy i sprawczości swoich działań.

Ula z córką (autor Daria Pilazy)

TK Zapewne trudno jest sprecyzować – ot tak natychmiast – własne przemyślenia.

UW. Na pewno, szczególnie gdy tak przesiąknięte wiedzą, rozmowami, ale też zabawą, były te cztery dni w dawnej stolicy Polski. Oprócz warsztatów merytorycznych prowadzonych przez wykładowców Uniwersytetu Jagiellońskiego, mieliśmy też m.in. przyjemność wzruszyć swoją duszę wsłuchując się we fragmenty „Kordiana”, „Dziadów” czy „Fortepianu Chopina”. Przez pryzmat emigracji brzmią one zupełnie inaczej.

TK. Norwegia, to nie tylko stolica – Oslo, to także inne regiony, w których dzieje się „coś” polskiego, to także obecność Pani Przełożonej Hanny Sand w Prezydium Kongresu Oświaty Polonijne,j w organizacji kreującej nowe trendy edukacyjne w polszczyźnie poza Krajem. Jak się Pani czuje w gronie „wyg”, nauczycielek z „dojrzałym” stażem?

UW. Jadąc do Krakowa zastanawiałam się nad tym. Jak przyjmą mnie „dojrzałe” koleżanki? Jak ja się wśród nich odnajdę, i co ja mam im do zaproponowania? Odpowiedzi bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Zostałam serdecznie przyjęta przez grono doświadczonych działaczy polonijnych. Z łatwością znalazłam nić porozumienia z koleżankami po fachu. Czułam, że postrzegają mnie jako równoprawnego członka rozmów o nauczaniu polonijnym. Z Małgosią z Bostonu wymieniałam się nowościami literackimi dla dzieci i młodzieży. Mariną z Ufy (Republika Baszkortostan) zafascynowała mnie kulturą swojego regionu oraz przepięknymi, ręcznie wykonanymi kolczykami. Natomiast Aleksander z Krasnodaru zainspirował mnie do większego zaangażowania się w działalność polonijną, również tą pozaszkolną.

TK. Jak wyglądały początki, to wyrzucenie na „głęboką wodę” edukacji polskiej w Norwegii?

UW. Polską Szkołę Sobotnią w Oslo znalazłam sama. Po urodzeniu syna i dwóch latach „bezczynności edukacyjnej” w domu „ciągnęło” mnie do powrotu do roli nauczyciela. Ówczesna dyrektor Hanna Sand zaproponowała mi zastępstwa w jednej z młodszych klas. Po roku otrzymałam wychowawstwo w klasie drugiej, którą doprowadziłam do końca czwartej. To były intensywne trzy lata pracy. Głównie nad sobą. Musiałam zweryfikować to, czego byłam uczona, i w jakim systemie edukacyjnym sama wzrastałam, z tym, co proponuje norweska edukacja. Brałam też pod uwagę różnorodność możliwości i potrzeb moich uczniów.

Dzieci z polonijnej szkoły w Oslo (Norwegia)

TK. Zapewne, po kilku latach pracy, ma Pani już ogląd na sprawy szkolnictwa polonijnego w Norwegii. Kilka słów.

UW. Mam przyjemność pracować w gronie nauczycielek zaangażowanych w swoją pracę. Są to dziewczyny z nauczycielską pasją, którą obdarzają również dzieci w norweskich przedszkolach i szkołach. Uczniów naszej szkoły spotykamy zaledwie 20 razy w roku (co drugą sobotę), a mimo to organizujemy razem z nimi m.in. jasełka, bal karnawałowy czy przedstawienia patriotyczne oraz artystyczne. Dziewczyny z mojej szkoły, na każdym kroku, udowadniają, że dobry nauczyciel potrafi zainspirować ucznia do działania, rozwoju, wykrzesać z niego pasję. Nie bez znaczenia jest tu zaangażowanie rodziców. Czasami przywożą oni swoje pociechy z bardzo daleka (jeden z moich uczniów dojeżdżał 1,5 godziny do szkoły). Wspomniana już przeze mnie Hanna Sand zaangażowała się bardzo mocno w uświadamianie uczniów i ich rodziców, z korzyści płynących ze zdania egzaminu zewnętrznego z języka polskiego. Dobra znajomość języka polskiego, to nie tylko dodatkowe punkty na egzaminie wstępnym na wybraną uczelnie, ale też atut na rynku pracy. Polacy są największą mniejszością narodową. Według badań NHO ( Konferencja Norweskich Przedsiębiorców) po języku angielskim i niemieckim, to właśnie polski jest tym, którego potrzebują norwescy pracodawcy. Język ojczysty może „pociągnąć” za sobą wymierne korzyści.

TK. Pani kreatywność, poczucie humoru, zdolności artystyczne pomagają w pracy nauczyciela, pedagoga?

UW. Nasza oferta edukacyjna musi być dla uczniów atrakcyjna. By przybyć na sobotnie zajęcia, niejednokrotnie zrezygnowali oni z urodzin koleżanki czy zajęć sportowych (a sport w Norwegii jest bardzo ważny 🙂 Mam wewnętrzną potrzebę, by uczniowie na moich zajęciach byli zaangażowani. By mimo całego tygodnia pracy w norweskiej szkole, chętnie włączyli się w moją propozycję lekcji. Wykorzystuję zdobytą wiedzę zarówno z psychologii dziecięcej, zabaw aktywizujących, jak też logopedii czy gimnastyki korekcyjnej. Staram się umiejętnie dzielić aktywności w czasie zajęć, ale przede wszystkim przypatruję się moim dzieciakom. Staram się poznać ich zainteresowania, potrzeby i dostosować przekazywaną wiedzę do ich możliwości. Korzystam też z doświadczeń „starszych” koleżanek. To bardzo kreatywne osoby.

TK. Jaki jest nauczyciel polonijny w Norwegii? Na rozdrożu? Z poczuciem specjalnej misji, bo przecież jestem z Polski i nasze dzieci…

UW. To, na pewno nauczyciel zdyscyplinowany i kreatywny. Musi taki być, aby w obiektywnie krótkim czasie, jaki ma do dyspozycji ze swoim uczniem, zachęcić go do języka polskiego. Czasami czuję się, jakbym była kucharzem na degustacji, którego zadaniem jest na tyle smacznie przyrządzić danie, by jeden kęs zachęcił do powrotu do danego dania. Zaciekawiamy naszych uczniów, staramy się dać im poczucie, że warto się uczyć języka polskiego i poznawać piękno i różnorodność Polski. Wydaje mi się, że to ułatwia wybór tematów i późniejszą ich ewaluację. Poza tym wszystkie dzieci nasze są 🙂

Robótki

TK. No właśnie, dzieci, czy chętnie uczęszczają na zajęcia, czy stronią się od nich: „bo to, bo tamto”?

UW. Podziwiam naszych uczniów, i staram się im to mówić, jak najczęściej. W tygodniu mają pracę-norweską szkołę, a co drugą sobotę my! Te dzieci są naprawdę bardzo pracowite, a jeśli przypomnimy im o tym od czasu do czasu, będą z tego dumne. Niektórzy uczniowie „wytrzymują” w naszej szkole 13 lat! (dwa lata przedszkola, zerówka i dziesięć klas) To wspaniały wynik. Naszym zadaniem, jako nauczycieli, jest pobudzać ich naturalny, dziecięcy pęd do wiedzy. Szkoła uatrakcyjniać im czas między lekcjami np. przepysznymi daniami ze sklepiku, a współpraca z rodzicami dopełnia całość.

TK.. Pani marzenia edukacyjne? Te z najwyższej półki i bardzo przyziemne, codzienne?

UW. Jedno z moich edukacyjnych marzeń właśnie się urzeczywistnia. Zostałam autorką podręcznika do języka polskiego do klasy pierwszej i drugiej w naszej szkole. Podręczniki są aktualnie testowane, i razem z redaktorem Hanią Sand uwzględniamy wnioski nauczycieli, którzy zaczęli na niż nimi pracę. Mam nadzieję rozwijać tę stronę mojej pedagogicznej pracy. A tak bardziej dla siebie, to marzy i się kontynuowanie mojej kariery studentki na Uniwersytecie w Oslo. Liczę, że spełnienie tego jest w moim zasięgu.

TK. Czy szkolnictwo polonijne w Norwegii ma szanse wypłynięcia na szersze wody?

UW. Wspomniana już przeze mnie Hanna Sand, jako prezes macierzy polonijnej, działa na rzecz integracji środowiska na terenie Norwegii. Coroczne szkolenia, odbywające się na terenie naszej placówki, zrzeszają nauczycielki z wielu norweskich szkół. Mamy szansę, w trakcie tych weekendowych szkoleń, poznać się trochę lepiej i czerpać ze swoich doświadczeń. Wykorzystać odnoszące sukcesy metody.

TK. Rodzice. Zapewne podzieleni. Jak są motywowani, by ich dzieci chciały zgłębiać znajomość języka Dziadków?

UW. Tak jak już powiedziałam: bez rodziców nasza społeczna szkoła nie dałaby rady funkcjonować. Oczywiście, jak to w pracy z ludźmi bywa, trafiają się różne przypadki. Staramy się wyróżniać tych rodziców, którzy z zaangażowaniem wspierają naszą działalność. Słowa pochwały wygłoszone na forum potrafią zdziałać cuda.

TK. Kilka słów o sobie: „skąd i dokąd”? Dom rodzinny, życie w Norwegii? Nostalgia?!

UW. Pochodzę z Warszawy, gdzie ukończyłam pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim i korektywę na Akademii Wychowania Fizycznego. Pracowałam tam także cztery lata jako nauczyciel w klasach początkowych, wychowawca świetlicy szkolnej i instruktor gimnastyki korekcyjnej w przedszkolu. Emigracja nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań. Ale życie lubi te nasze „nigdy”, więc… W sierpniu 2012 roku przyleciałam do Oslo za mężczyzną, którego poznałam na kursie prawa jazdy w Płocochowie. Oprócz niezależności, którą daje prawo jazdy, otrzymałam tam również mądrego i ironicznie zabawnego człowieka, z którym od dziewięciu lat prowadzę niekończącą się rozmowę. Nigdy nie sądziłam, że mogłabym mieszkać poza Polską. Głównie ze względu na mój antytalent do nauki języków. Jednak im lepiej poznaję język norweski, a co za tym idzie i kulturę tego skandynawskiego kraju, im lepiej komunikuję się w nim, tym lepiej się czuję Tu, gdzie jestem. Tęsknota za bliskimi, których zostawiłam w Polsce? Moi rodzice kiedyś policzyli czas, jaki mija między zamknięciem drzwi mojego rodzinnego domu, a otwarciem drzwi mojego nowego domu. I to zaledwie 6 godzin. Mama powiedziała mi wtedy, że gdybyśmy zamieszkali np. w Szczecinie, to dłużej jechaliby do nas autem. Z takim podejściem trudno jest tęsknić. Bo wszędzie okazuje się być blisko.

Zdjęcia z archiwum Urszuli Wardak