Super Girl & Romantic Boys: „Rosyjska publiczność jest bardzo otwarta: ludziom wcale nie przeszkadza, że nie wszystkie teksty są dla nich zrozumiałe”

Super Girl & Romantic Boys to kultowy zespół electro-punkowy, należący do nowej fali polskiej muzyki elektronicznej. Grupa została założona w Warszawie w 1998 roku, a szczyt jej działalności przypadł na lata 2000, gdy zespół zaczął zdobywać popularność nie tylko w Polsce, ale też w Niemczech, Anglii, Szkocji, Rosji i na Białorusi. W 2013 roku został tymczasowo rozwiązany, jednak już w 2013 roku, po występie na OFF Festiwalu w Katowicach uczestnicy wznowili wspólną działalność. Od tej pory zespół wydał trzy płyty studyjne i regularnie koncertuje, między innymi w mieście nad Newą.

Dla lidera zespołu Kostji (Konstantego Usenki) Petersburg jest bardzo ważnym miastem – będąc na wpół Rosjaninem, często odwiedzał go jeszcze w latach 80., w epokę rozkwitu leningradzkiego undergroundu. Dzisiaj Kostja jest jednym z najważniejszych propagatorów muzyki rosyjskiej w Polsce, autorem książek „Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego i rosyjskiego undergroundu” (2012) oraz „Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji” (2018). Podczas tegorocznej trasy koncertowej wraz z kolegami z zespołu – wokalistką Ewą Malinowską (Ewik) i gitarzystą Michałem Wróblewskim (Lord Mich) – udzielił wywiadu „Gazecie Petersburskiej”.

Rozmawiali Aliona Kulikowa i Denis Szczegłow.

Alona Kulikowa: Bardzo dziękujemy, że znaleźli Państwo dla nas czas! Nasze pierwsze pytanie dotyczy historii zespołu, a właściwie jego nazwy: Super Girl & Romantic Boys. Skąd się wziął ten pomysł?

Konstanty Usenko: Nazwa powstała zupełnie przypadkowo. Wszystko zaczęło się od tego, że robiliśmy dyskoteki, gdzie graliśmy piosenki z lat 80., a dopiero później postanowiliśmy założyć zespół. Wtedy trochę się wygłupialiśmy. Pod koniec lat 90. nawiązania do estetyki poprzedniej dekady wcale nie były tak oczywiste – moda na „eightiesy” zaczęła się dobrych pięć lat później. Niektórzy ludzie się pukali w czoło, jak nas widzieli, a inni szaleńczo się bawili. Graliśmy na syntezatorze casio, w ogóle mieliśmy estetykę nieco bardziej trashową niż teraz. Zaczynaliśmy od casio-trashu-disco-punku – taki był amok. Tancerzy, dużo brokatu, makijaży… No i taką nazwę sobie wymyśliliśmy.

A.K. To się działo w Warszawie?

K.U. Tak.

A.K. Czyli wszyscy Państwo są z Warszawy?

K.U. W tej chwili już tak. Chociaż ja mieszkam jeszcze w Berlinie. Ale zespół powstał w Warszawie i tam nadal działa.

A.K. Czy obecnie styl muzyczny zespołu można określić jako electro-rock, electro-punk?

K.U. Nie powiedziałbym, że gramy rocka…

A.K. A tak mówi polska Wikipedia!

U.K. Ha, no Wikipedia tutaj mogła się pomylić. Zaczynaliśmy od naszej własnej wersji italo disco, bardziej nawiązującej do polskich lat 80., potem poszliśmy w stronę new romantic. Przez moment był też obecny electro-clash – nigdy nie graliśmy go, ale nasi znajomi to robili, wspólnie bawiliśmy się na electro-clashowych imprezach… to był początek lat zerowych. Tak naprawdę to różne kawałki nawiązują do różnych stylów. Płyta, którą nagraliśmy 3 lata temu, zawierała dużo eksperymentów brzmieniowych. Styl się zmienia z upływem czasu, ale istnieje pewien rdzeń, który wszędzie jest rozpoznawalny.

A.K. Na zdjęciach widać, że członkowie zespołu często malują sobie rysunki na twarzach…

Ewa Malinowska: Głównie chłopcy!

A.K. Wygląda to bardzo imponująco! Czy te rysunki są tylko makijażem scenicznym, czy mają dla Państwa jakieś większe znaczenie?

K.U. Dla mnie bardzo dużo znaczą. Jak sobie twarzy nie wyrysuję, to nie wchodzę za syntezator. Ale dużo artystów w latach 80. tak robiło. Nic nowego nie wymyśliłem – kopiuję. W Leningradzie przecież było dużo zespołów, które też się malowały: proszę sobie przypomnieć Alisę, Telewizor czy Kino – najważniejszy dla mnie zespół. Witkor Coj swego czasu bardzo dużo się malował! Bo oni wszyscy wtedy słuchali new romantic z Anglii.

Michał Wróblewski: Ale chyba nie było w tym jakiegoś ukrytego znaczenia…

K.U. Dla mnie osobiście najważniejsze jest, że im bardziej kolorowo, tym jest fajniej na świecie! Żeby nie było smutno.

Denis Szczegłow: Widać, że dobrze Pan się zna na leningradzkiej scenie rockowej.

K.U. Tak, przede wszystkim dlatego, że jestem na wpół Rosjaninem. Przyjeżdżałem do Leningradu na wakacje, jak byłem mały, bo moja ciocia tu mieszka. To był akurat koniec lat 80., miałem wtedy 11-12 lat i widziałem, co tu się dzieje, chodziłem na koncerty – miałem okazję obejrzeć to wszystko na własne oczy.

D.Sz. Dlatego też tak dobrze Pan mówi po rosyjsku?

K.U. Od dzieciństwa mówię w dwóch językach.

A.K. A czy wszyscy Państwo lubią rosyjski zespół Kino?

E.M. Zdecydowanie tak!

M.W. Jest to legendarny zespół dla nas, kultowy wręcz.

E.M. Pamiętam, że przyjechałam do Rosji po raz pierwszy… kiedy to było? Miałam 25 lat, czyli 17 lat temu.

M.W. Przecież nie mówi się takich rzeczy!

E.M. Dobra, dobra! No więc wtedy właśnie odkryłam ten zespół, co było wspaniałym doświadczeniem. Powiedzmy sobie szczerze: w Polsce dość mało osób zna rosyjską muzykę. Ale na przykład teraz, po filmie Lato Kiriłła Seriebriennikowa okazało się, że Polacy zachwycili się zespołem Kino. Cały czas słyszę od znajomych, że jest to bardzo dobry zespół.

K.U. Poza tym dzięki Youtube ludzie teraz mogą sami szukać muzyki, słuchać… kiedyś tego nie było.

A.K. A co sądzą Państwo o rosyjskiej publiczności, która przychodzi tutaj na koncerty? Czy różnią się od polskich miłośników Państwa muzyki?

K.U. Trudno powiedzieć… Zdecydowanie jest dużo spontaniczności, adrenaliny. Oczywiście, to zależy od miejsca – w różnych miastach jest inaczej. Mieliśmy kilka koncertów w Moskwie i w Petersburgu, ale graliśmy też w Samarze, w Ufie, w Kirowie, teraz będziemy grali w Kazaniu…

A.K. Kazań jest piękna!

K.U. Tak, uwielbiam to miasto.

E.M. Właściwie wszędzie zauważyłam bardzo duże zainteresowanie naszą twórczością i cieszę się, że wśród rosyjskiej publiczności istnieje taka otwartość. Ludziom wcale nie przeszkadza, że nie wszystkie teksty są dla nich zrozumiałe. Oczywiście, polski i rosyjski języki są podobne, ale nie aż tak. I mimo to język nie stanowi żadnej bariery – jest to bardzo przyjemne uczucie.

K.U. Ludzie są bardzo spontaniczni, to jest najważniejsze. W Polsce też, ale tu trochę inaczej…

M.W. Ale w Polsce też więcej ludzi nas zna.

E.M. A tu jest większa ciekawość. To działa też w drugą stronę: teraz dużo zespołów z Rosji zaczęło przyjeżdżać do Polski. Zauważyłam, że wśród Polaków istnieje zainteresowanie kulturą rosyjską.

K.U. Nagle okazuje się, że koncerty rosyjskich zespołów w Polsce są czymś zupełnie normalnym, nie ma żadnej blokady informacyjnej, tak zwanej żelaznej kurtyny. Jeśli chodzi o nasze pokolenie i jeszcze młodsze od nas (bo my tacy młodzi już nie jesteśmy), to bardzo dobrze funkcjonuje wymiana informacjami na temat muzyki, głównie dzięki internetowi. W Polsce jest dużo fanów rosyjskich zespołów, wszyscy kojarzą Shortparis, Little Big czy IC3PEAK…  Istnieje duża wymiana kulturowa, zespoły jeżdżą po całym świecie. Kiedyś to by brzmiało jak science fiction, a teraz jest na porządku dziennym. Mamy takiego kolegę, który wozi zespoły z Europy, na przykład, do Jakucji albo zespoły z Japonii wiezie przez całą Rosję do Europy. To jest niesamowite, jak się o tym chwilę dłużej pomyśli!

A.K. Czy mieli już Państwo czas na spacer tutaj w Petersburgu?

K.U. Oczywiście, cały czas to robimy, tutaj nie da się nie spacerować!

A.K. Co robi największe wrażenie tutaj w centrum, w historycznej części miasta?

K.U. Znam Petersburg bardzo dobrze, więc trudno mi powiedzieć… obserwuję, jak się zmienia z biegiem czasu.

M.W. Byliśmy wczoraj na nocnej wycieczce statkiem po Newie i po kanałach.

E.M. Wspaniale było!

M.W. Nocna architektura, całe oświetlenie – to naprawdę imponujące!

E.M. Petersburg wydaje się świetnym miejscem do spacerów: ulice się ciągną, te wszystkie budynki, zaułki, na których coś się dzieje, mnóstwo niesamowitych kawiarni… to miasto jest magiczne.

K.U. Dachy, bramy!

M.W. Jeszcze te kluby na ulicy Dumskiej, co wczoraj widzieliśmy!

E.M. To już było troszeczkę przerażające… Ale u nas jest podobnie, jak młodzież dobrze się bawi.

M.W. Oraz ludzie na koniach w centrum miasta…

E. M. Uwielbiam to! Można tu sobie jeździć konno ulicami!

K.U. No nie wiem… czasami te koni biedne są.

E. M. Wczoraj przy tej imprezie na Dumskiej to faktycznie było przegięcie – pijani ludzie głaskający konia… Ale sam widok koni na Newskim prospekcie robi wrażenie.

A.K. Czy mogą Państwo opowiedzieć jakąś ciekawą lub zabawną historię, która miała miejsce na waszych koncertach w Rosji lub w Polsce?

E.M. Wiele było takich historii, teraz trzeba coś wybrać… Jedna z moich ulubionych – mnie akurat przy tym nie było, w pierwszą trasę do Rosji nie mogłam pojechać, bo mój syn był za mały, żebym go tak na długo zostawiła. Ale chłopcy mi później opowiadali, co im się przydarzyło. Nie wiem, czy znają Państwo legendy o czarnej wołdze? Straszono dzieci, że przyjedzie czarna wołga i je porwie…

M.W. Po jednym z koncertów w Moskwie wyszliśmy, żeby kupić sobie piwo w kiosku. I nagle widzimy, jak w czarnej wołdze obok tego kiosku otwiera się okno i woła nas jakiś wielki chłop. Mówił coś o wódce. Stwierdziliśmy, że podejdziemy do tego samochodu… I okazało się, że są to chłopaki, którzy byli na naszym koncercie, bardzo im się podobało i chcieli z nami się zapoznać. Po czym wyszło, że oni też mają zespół, który nazywa się Roboty. I tak się poznaliśmy z zespołem z Moskwy…

K.U. Z czarnej Wołgi!

E.M. A teraz się kolegujemy.

A.K. Świetna historia! Bardzo dziękujemy za rozmowę!

Petersburg, sierpień 2019
Dziękujemy: Лес Villa & Igor Sukhov

Alona Kulikowa
Zdjęcia: Denis Szczegłow
Opracowanie: Anna Swietłowa