Rok po Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie

Dokładnie rok temu stolica Małopolski na kilka dni jak gdyby stała się centrum Wszechświata - gościła u siebie Papieża Franciszka i młodych ludzi niemal ze wszystkich krajów i kontynentów. Dzisiaj media społecznościowe są przepełnione wspomnieniami uczestników festiwalu. Jedna z redaktorek Gazety Petersburskiej brała w owych wydarzeniach czynny udział - była wolontariuszką informacyjną. Z okazji rocznicy Światowych Dni Młodzieży publikujemy jej opowieść o tym wyjątkowym tygodniu.

Jest czwartek, późne popołudnie, większość pielgrzymów już udała się powitać Papieża Franciszka na Krakowskich Błoniach, więc w centrum handlowym przy Dworcu Głównym chwilowo nie ma tłumów, a my na stanowisku informacyjnym mamy trochę spokoju. W pewnym momencie podchodzi do nas grupa pełnych entuzjazmu Włochów i pyta w języku angielskim, czy przypadkiem nie wiedzieliśmy tu gdzieś Japończyków. Próbując zgadnąć
na czym polega problem i czy będziemy w stanie pomóc (może należeli do jednej grupy i się zgubili?) odpowiadamy, że niestety ich nie widzieliśmy. „No właśnie, – ciągną Włosi
z rozczarowaniem. – My też nie!” Okazuje się, że chcieli się wymienić z kimś flagą i marzyła im się właśnie flaga japońska. A ja po raz kolejny stwierdzam, że mój Kraków w tym tygodniu ogarnęło istnie szaleństwo, lecz jak najbardziej pozytywne.

Światowe Dni Młodzieży są festiwalem religijnym dla młodych katolików z wszystkich krajów i kontynentów, który od 1985 roku odbywa się cyklicznie, co trzy lata, za każdym razem w innym mieście. Festiwal trwa prawie tydzień i zawsze składa się z tzw. wydarzeń centralnych – Mszy świętej na otwarcie ŚDM, powitania Ojca Świętego, Drogi Krzyżowej, Nocnego Czuwania i Mszy Posłania oraz wydarzeń towarzyszących, w tym koncertów, warsztatów, a także katechez w różnych językach.

Jestem Rosjanką, ale od czterech lat mieszkam w Krakowie. W 2011 roku byłam na Światowych Dniach Młodzieży w Hiszpanii i wspominam to jako jedną z największych przygód życia. Zatem bycie wolontariuszem od początku wydawało mi się czymś bardzo oczywistym: tak wielkie wydarzenie będzie odbywać się w moim mieście – góra idzie do Mahometa, nie inaczej. Jednak im bliżej było lipca 2016, tym większa niepewność mnie ogarniała i nie chodziło nawet o powszechny strach przed atakami terrorystycznymi. Na okres festiwalu miasto-gospodarz całkowicie się zmienia: na ulicach i w autobusach młodzi ludzie ze wszystkich zakątków świata śpiewają, klaszczą, przybijają piątki, a codzienne życie miasta zostaje całkowicie tym tłumom podporządkowane. Jak Kraków, który jest kilka razy mniejszy od stolicy Hiszpanii, ma to wytrzymać? Doskonale rozumiałam sceptycznie nastawionych mieszkańców, którzy planowali uciec na ten okres jak najdalej i pewnie nie byłam jedyna. Szczerze podziwiam wszystkich organizatorów oraz wolontariuszy długoterminowych – gdyby oni pozwoli sobie na podobne wątpliwości, przedsięwzięcie mogłoby zakończyć się niepowodzeniem. Tych, którzy
z różnych powodów musieli zostać, ale zupełnie nie widzieli sensu w tym całym szaleństwie
i mieli już dosyć – z całego serca przepraszam. Mimo wszystko wydaję mi się, że Kraków sprawnie przetrwał i ma się dobrze, a ja ostatecznie bardzo się cieszę, że się nie poddałam.

Zostałam wolontariuszem krótkoterminowym z ramienia duszpasterstwa akademickiego „Beczka”, do którego należę już czwarty rok. Oprócz udzielania pomocy pielgrzymom, byliśmy również odpowiedzialni za organizację Nocy Świętych Dominikańskich – jednego z wielu wydarzeń towarzyszących, które zamykało wielkie obchody 800-lecia Zakonu Kaznodziejskiego. Śpiewałam w scholii podczas nocy czuwania w bazylice, a w pozostałe dni byłam wolontariuszem informacyjnym w Galerii Krakowskiej. Od początku uprzedzano nas, że bycie wolontariuszem zakłada posługę innym i bardzo prawdopodobne, że uda nam się wziąć udział tylko w jednym wydarzeniu centralnym. Rzeczywiście, mój grafik ułożył się w ten sposób, że wszystkie wieczory w tygodniu miałam zajęte i nawet ani razu nie załapałam się na spotkanie z Papieżem pod oknem Pałacu Biskupiego przy ulicy Franciszkańskiej. Jednak czułam, że jeśli mogę komuś pomoc, pokierować na Błonia, sprawdzić godzinę odjazdu pociągu czy choćby polecić piekarnię, gdzie przygotowują najlepszy sernik, to wszystko ma jakiś sens. Na Nocne Czuwanie w podkrakowskich Brzegach również nie dotarłam – przyszłam na Campus dopiero w niedzielę rano, na Mszę Posłania, a potem cudem udało mi się dojechać na czas na spotkanie Ojca Świętego z wolontariuszami. Słowa, które skierował do nas tego dnia, oraz niezmiernie cenna dawka pozytywnej energii okazały się doskonałą nagrodą za wszelkie podejmowane wyrzeczenia i ryzyko.

W tym tygodniu wyjątkowo nie ściszałam wiadomości w radiu – słyszałam więc i o pomyłce tłumacza, i o wzruszających i porażająco aktualnych rozważaniach
Drogi Krzyżowej. Pamiętając o doświadczeniach z Hiszpanii, od Wydarzeń Centralnych nie spodziewałam się większych przeżyć duchowych – chociaż wspólna modlitwa z ludźmi z różnych kontynentów zrobiła wówczas na mnie wrażenie, jak również cisza, która zapada, gdy ten ogromny tłum uklęknął przed Najświętszym Sakramentem. Jednak wtedy najważniejsze wydarzyło się przed samym festiwalem, na rekolekcjach we francuskim miasteczku Paray-le-Monial. Tym razem czegoś bardzo ważnego doświadczyłam na nocy czuwania przy ul. Stolarskiej 12, w tym śpiewaniu ponad siłę – zwłaszcza wielkopostnych pieśni na Adorację Krzyża, podczas modlitwy ze Wspólnotą z Taizé w Parafii św. Szczepana. I podczas Mszy Świętej odprawianej w języku rosyjskim w Nowej Hucie, gdy znane mi od dzieciństwa tłumaczenie pieśni Nade de turbe okazało się odpowiedzią na wszelkie wątpliwości – bo если Бог с нами, кто против нас[1].
Ta sama myśl przewijała się również w kazaniu na niedzielnej Mszy Świętej i podczas improwizowanego przemówienia Papieża na spotkaniu z wolontariuszami. „Miejcie odwagę, bądźcie dzielni” – czy dla takiego tchórza jak ja można znaleźć bardziej trafne słowa
w obecnych czasach?

Teraz, gdy od szalonego tygodnia minęło już tyle czasu, to wszystko wydaję się czymś bardzo odległym i prawie nierzeczywistym. Ale naprawdę miało miejsce. Myślę, że każdy
z pielgrzymów i wolontariuszy przeżył ów czas zupełnie inaczej i chyba na tym właśnie polega piękno podobnych wydarzeń. Dziękuję wszystkim znajomym i przyjaciołom, z którymi spędziłam ten tydzień – za wspólną pracę, modlitwę przez śpiew, niekończące się żarty i nocne rozmowy. Wierzę, że Pan Bóg przemawia przede wszystkim poprzez spotkania z innymi ludźmi, a tegoroczne Światowe Dni Młodzieży zdecydowanie utwierdziły mnie w tym przekonaniu.

Anna Svetlova

[1] Jeżeli Pan jest z nami, kto jest przeciw nam?