Polacy w Rosji. Sylwetki

Gazeta Petersburska wraz z organizacjami polonjnymi południa Rosji na czele z Centrum Narodowo-Kulturalnym "Jedność" w Krasnodarze realizuje projekt "Polacy w Rosji" dotyczący historii ostatniego trzydziestolecia polonijnego w Rosji i z okazji powstania pierwszej organizacji polonijnej w 1988 roku w Leningradzie obecnie Sankt Petersburgu.

Ambasadorka

Helena Brodowska

Odchodzi pokolenie entuzjastów, na których Polonia się opierała. Wszystko bierze na swoje barki parę nienormalnych osób.

Przeciętny Polak nie bardzo wie, gdzie leżą Kaukaskie Wody Mineral- ne. A już na pewno nie wie, że działa tu organizacja Polaków. Żyją ludzie, dla których ważne są Polska, jej tradycje, współczesność, kultura. Kim jesteście?

– Są wśród nas Rosjanie, Polacy, osoby polskiego pochodzenia, przedstawiciele różnych warstw spo- łecznych. Najwięcej jest inteligencji – lekarzy, dentystów, architektów, in- żynierów, nauczycieli, malarzy, ale są też gospodynie domowe. Jesteśmy otwarci na różne narodowości, człon- kiem organizacji może zostać każdy, kto ukończył 18 lat, mieszka w Kraju Stawropolskim na terenie Kaukaskich Wód Mineralnych, akceptuje nasz sta- tut i oczywiście interesuje się Polską.

Ile osób liczy organizacja?

– Ok. 200, ale na papierze. Aktyw- nych, biorących na co dzień udział w życiu organizacji, jest znacznie mniej.

Kim są Polacy w waszym stowarzy- szeniu?

– To opowieść na wiele godzin… Choćby Eugeniusz Superson, który za- kładał nasz związek i przez 14 lat był je- go szefem, ma obywatelstwo polskie. Na studiach w Moskwie poznał dziew- czynę z Kaukazu, ożenił się z nią. Jak to z młodymi bywa – dziecko w drodze, trzeba było podjąć decyzję: wracać do kraju czy zostać w Rosji. W Polsce były to już czasy Solidarności, przyjechał z żoną do Piatigorska. Dziś ma dwóch dorosłych synów, którzy ukończyli stu- dia w Polsce. Ot, i takie nasze losy.

A pani?

– Moja historia jest bardziej pokrę- cona. Kiedy skończyłam 16 lat i mia- łam otrzymać paszport, poszłam do urzędu, a urzędniczka zapytała, jaką narodowość ma wpisać. Pytam: Jak to jaką? Myślałam, że skoro mówię po rosyjsku i wychowałam się w rosyj- skiej kulturze, to chyba jestem Rosjanką. A ona do mnie: Dziecino, popatrz, twój tata – Ukrainiec, mama – Osetyjka, jaka ty ruska? Pod koniec szkoły wie- działam, że mam w sobie cztery naro- dowości, których nie mogę i nie chcę się wyrzec – jestem Polką, Rosjanką, Ukrainką i Osetyjką.

Niezwykła mieszanka. Dlaczego prze- ważyło zainteresowanie Polską?

– Kiedy miałam 14 lat, pojechałam do kuzynki we Lwowie, która w pasz- porcie miała wpisaną narodowość polską. Lwów mnie zachwycił, wie- działam, że będę tam studiować. Gdy przyszło do wyboru kierunku – stało się oczywiste, że będzie to slawistyka i język polski.

Jakie były początki związku?

– Jedna z miejscowych Polek, sza- cowna pani Zofia Lempicka – bardzo zdecydowana i konsekwentna – poje- chała w 1991 r. w odwiedziny do córki w Moskwie. Dowiedziała się, że po- wstała organizacja Dom Polski, i gdy wróciła, zaczęła naciskać, żebyśmy w Piatigorsku też stworzyli polską or- ganizację. We wrześniu 1991 r. w miejscowej gazecie „Kaukaska Zdrawnica” opublikowaliśmy list, w którym Euge- niusz Superson opisał ślady polsko- ści w Piatigorsku: budynek kościoła, polskie groby na cmentarzu. Poprosił Polaków, którzy tu żyją, o listy. Przy- szło ich 19, opisane w nich były różne losy – nierzadko tragiczne. Wkrótce, 9 listopada 1991 r., zarejestrowaliśmy nasz związek.

Na czym polegał ich tragizm?

– W pamięci utkwiła mi historia płk. Edwarda Motaka, który pisał, że jego ojciec pochodził z Warszawy i w czasie rewolucji znalazł się w Piati- gorsku. Pracował w elektrowni, ożenił się z miejscową dziewczyną. Oskar- żony o współpracę z Polską Organi- zacją Wojskową został aresztowany i rozstrzelany. Edward Motak skończył lingwistykę i w czasie wojny był woj- skowym tłumaczem. W 1943 r. został przeniesiony do 1.Armii Wojska Pol- skiego, ale zaraz po zakończeniu woj- ny wrócił do Piatigorska. W radzieckim wojsku dosłużył się stopnia pułkowni- ka, jednak nigdy nie wyrzekł się tego, że jest Polakiem, nawet w paszporcie miał wpisaną narodowość polską, co nie było wówczas takie łatwe.

To znaczy…

– Ci, którzy mieli polskich przod- ków: ojca, dziadka, mogli się o to starać. Często jednak, gdy zmieniali paszporty, byli zmuszani do wpisywa- nia narodowości rosyjskiej lub ukraiń- skiej. Takie były czasy.

Skąd wzięła się nazwa Związek Pola- ków na Kaukaskich Wodach Mineral- nych? Nie byłoby prościej Związek Polaków w Piatigorsku?

– Gdy w Polsce mówimy Trójmiasto – wszyscy wiedzą, że chodzi o Gdańsk, Gdynię i Sopot. Tak samo jest z Kau- kaskimi Wodami Mineralnymi, zespo- łem balneologicznym, w którego skład wchodzą Piatigorsk, Żeleznowodsk, Jessentuki i Kisłowodsk. Od począt- ku zakładaliśmy, że będziemy działać na tym terenie i przez wiele lat ludzie z tych miast brali udział w naszych imprezach. Ostatnio jest nieco gorzej, z powodu kosztów podróży ludzie mniej jeżdżą.

Co było najtrudniejsze na początku?

– Działalność polonijna w Piatigor- sku odrodziła się po upadku systemu radzieckiego. Polacy oraz przedstawi- ciele innych narodowości zaczęli za- kładać swoje organizacje narodowo- -kulturalne, których wcześniej nikt nie rejestrował. Największa barierą była biurokracja.

Rzeczywiście było tak ciężko?

– Oczywiście! Rejestracja każdej or- ganizacji narodowo-kulturalnej odby- wa się w centrum administracyjnym, czyli w Stawropolu, trzeba więc jechać prawie 200 km w jedną stronę i to wie- lokrotnie. Urzędnicy zawsze znajdą coś, co wymaga dopracowania. Zda- rza się, że pracownika nie ma na miej- scu, chociaż wszyscy byli umówieni. I tak można tam i z powrotem kurso- wać, za swoje pieniądze oczywiście.

Które z waszych akcji były najcie- kawsze?

– Wszystko jest ciekawe! Prowa- dzimy w naszym mieście akcje, np. z okazji Dnia Miasta, Dnia Zwycięstwa, kiedy w szpitalu dajemy koncert dla kombatantów. Ważnym wydarzeniem jest Dzień Rosji, który stał się festiwa- lem kultur narodowych, oczywiście z naszym udziałem. Podczas Nocy w Muzeum nasze dzieci tańczą i śpie- wają tradycyjne polskie pieśni. Jeste- śmy też obecni w różnych konkursach, konferencjach naukowych, które są prowadzone w Polsce. Z okazji urodzin Sienkiewicza 30 członków naszej orga- nizacji brało udział w konkursie wiedzy o życiu i twórczości pisarza, który od- był się w Piatigorsku. Co roku dzieci wyjeżdżają na parafiady, dorośli biorą udział w letnich i zimowych igrzyskach polonijnych – na ostatnie pojechały trzy osoby i każda przywiozła medal.

Jak jesteście odbierani w Piatigorsku?

– Polonia nie jest tak liczna jak or- ganizacje Ormian, Greków, Osetyjczy- ków, bo ich są tysiące, a nas, Polaków, można policzyć na palcach. Staramy się jednak być widoczni na wszyst- kich imprezach, mamy swój namiot, częstujemy potrawami kuchni polskiej – z obowiązkowym bigosem – śpie- wamy polskie pieśni. Wypadamy nie gorzej niż inne organizacje, może dla- tego, że na tle narodów Kaukazu wy- glądamy egzotycznie.

Z powodu ludowych strojów?

– Również. Na przykład z okazji Dnia Miasta dajemy koncert, idą ludzie i sły- szymy: O! Polacy! Wśród nich zdarzają się też turyści z Polski. Dzięki temu, że nas widać, przyjeżdżali także polscy ambasadorowie.

I co z tych spotkań pozostawało oprócz uściśnięcia ręki?

– Dla nas to i tak naprawdę dużo. Proszę jednak nie myśleć, że wystę- powanie na różnych imprezach to na- sza główna działalność. Prowadzimy szkołę sobotnio-niedzielną, zajęcia odbywają się dodatkowo w czwartki, dla najmłodszych nauka języka pol- skiego to śpiewanie, bo dopiero uczą się pisać.

Kto na nie przychodzi?

– Z babcią przychodzi mały wnu- czek, przychodzi też 15, 17-letnia mło- dzież. Najstarsza uczennica ma 75 lat.

Jak młodzi odnoszą się do folkloru? Żyjemy w dobie gier komputerowych, popkultury, a tu tańce, pieśni i stroje ludowe. Nazwy zespołów „Strumyk”, „Niezapominajki”…

– Podchodzą do tego z ciekawością, traktują jak zabawę. Jeśli nie chcieliby – to by nie śpiewali, nikt młodych nie zmusi. Są też zajęcia z historii Polski, są różne kółka zainteresowań, między innymi kółko fotograficzne…

Gdyby tak członkowie kółka fotogra- cznego z Piatigorska mogli zrobić plener zdjęciowy w Krakowie…

– Ha! Marzenie ściętej głowy. Niestety, na razie nie mamy takich możliwości.

Powiedziałem to specjalnie, bo w wy- wiadzie prasowym nie będzie słychać pani głębokiego westchnienia.

– Niech pan da spokój!

Jak się układa współpraca z lokalny- mi władzami i instytucjami?

– Dostaliśmy od miasta lokal na biuro, nawet zwolniono nas z opłat za czynsz. Napisaliśmy list do rektora uniwersytetu w Piatigorsku z proś- bą o otwarcie wydziału, na którym język polski mógłby być nauczany jako dodatkowy. Nas nie byłoby stać na zatrudnienie nauczyciela z Pol- ski. Rektor zaakceptował propozycję i w 2008 r. powstało Centrum Języka i Kultury Polskiej przy Wyższej Szkole Języków Europejskich. Dziś studenci mogą studiować język polski na wy- działach tłumaczeń i filologicznym.

I nie są to wyłącznie studenci z pol- skimi korzeniami.

– Tak, chcą się uczyć polskiego, bo to dla nich jest ciekawe. Dotychczas mieli do wyboru angielski, niemiecki, hiszpański, a tu raptem polski. Uniwer- sytet organizuje spotkania i wieczorki związane z tematyką polską – robimy to wspólnie albo sami i możemy korzy- stać z sal bez opłat.

Jak rozległa jest wiedza członków związku o Polsce? Co o niej myślą?

– Polska jest ich ojczyzną histo- ryczną i oni w żaden sposób nie mo- gą o niej źle mówić! Bo jeśli będą źle mówili o niej, to będą źle mówili o so- bie. Co wiedzą? To zależy, czy jest to osoba dorosła, czy dziecko. Są takie organizacje, w których ludzie wiedzą, że mają polskie korzenie, ale nie potra- fią ani słówka po polsku powiedzieć. Natomiast dzieci, gdy wyjeżdżają do Polski, są ciekawe wszystkiego, biorą udział w imprezach, konkursach.

Dużo osób wyjeżdża na te imprezy?

– Zazwyczaj chętnych mamy sporo, zgłaszamy 20-25 osób, ale Wspólno- ta Polska może dofinansować wyjazd dla dwóch-trzech osób… A kogo dziś stać na opłacenie przejazdu, hotelu, pobytu?

Interesujecie się wydarzeniami poli- tycznymi w Polsce?

– Polityką interesują się niektórzy, przeważnie starsi mężczyźni, oni coś na ten temat czytają. Jednak zawsze podkreślam – jesteśmy stowarzyszeniem narodowo-kulturalnym i polityka nas nie obchodzi.

Dlaczego?

– Szczerze mówiąc, jeśli parę słów gdzieś tam powiem na temat polityki lub coś znajdzie się na stronie inter- netowej, to zawsze – cholera! – ktoś zadzwoni. Do dziś każda organizacja narodowo-kulturalna jest pod czu- łą opieką władzy. Mogą zadzwonić i powiedzieć: Dzień dobry, ja jestem waszym kuratorem, a ja wówczas od- powiadam: Zapraszamy na nasze im- prezy, my przecież nic nie ukrywamy.

Jakiego wsparcia oczekujecie od polskich władz?

– Powiem szczerze… Kiedyś byli- śmy szczęśliwsi.

?

– Tak, bo biedny człowiek nie ma nic do stracenia, a teraz jest biuro, które trzeba utrzymać, coś naprawić, posprzątać. Nie każdy chce to robić, ale każdy chciałby przyjść i porozma- wiać o korzeniach. Wcześniej było inaczej, każdej organizacji wydzielano pewną kwotę i mogła się sama rzą- dzić. Dziś składamy wnioski na kon- kretny projekt i najgorzej, gdy impre- za ma się odbyć wiosną, a pieniądze przychodzą jesienią lub zimą.

Do kogo występujecie o wsparcie?

– Głównie do Pomocy Polakom na Wschodzie i do Wspólnoty Polskiej. Niedawno od Pomocy Polakom na Wschodzie dostaliśmy pieniądze na remont i utrzymanie biura, utrzyma- nie strony internetowej, wydawanie kwartalnika „Polonia Kaukaska”. Pozostają jednak opłaty bieżące, orga- nizacja imprez, działalność szkoły niedzielnej, zespołów tanecznych, kółek zainteresowań. W latach 2009- 2011 organizowaliśmy w Piatigorsku seminaria dla nauczycieli polonij- nych, ale po kilku latach nie mieli- śmy wystarczająco dużo pieniędzy. Od 2012 r. zajęła się tym ambasada, z takim skutkiem, że w tym roku by- ła ostatnia konferencja nauczycieli języka polskiego. Powiedziano nam: brak pieniędzy. Kiedyś z tą współ- pracą było inaczej. Jesteśmy ogrom- nie wdzięczni Pomocy Polakom na Wschodzie i Wspólnocie Polskiej za wieloletnią pomoc oraz współpracę. Bez tego ciężko byłoby nam działać. Liczymy, że nie zapomną o nas w tych trudnych czasach.

Kto do was przychodzi?

– Bywa, że przychodzą tacy, którzy chcą od nas coś wziąć. Pierwsze py- tanie: Co może pani nam dać? Może nam pani pomóc w otrzymaniu karty Polaka? A ja wtedy pytam: Czy może- cie powiedzieć, co chcecie nam dać? Mówię: Macie polskie korzenie? Ma- cie dokumenty? To możecie bez na- szej pomocy złożyć papiery w amba- sadzie. Jeżeli nie macie dokumentów, musicie popracować na rzecz Polonii przez trzy lata.

Ale może na tym też polega wasza misja?

– Mnie się wydaje, że naszą misją jest pomóc tym, którzy zasługują na pomoc. Jeśli człowiek zadzwoni i py- ta: Gdzie jesteście? Co robicie? Mówi, że ma polskie korzenie i chce coś ro- bić, to inna sprawa.

Jesteście w Piatigorsku widoczni, do- brze układa się współpraca z lokalny- mi władzami i instytucjami. Przybywa członków?

– Niestety, ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie. Ludzie wyjeżdża- ją za pracą tam, gdzie jest lepiej – do Sankt Petersburga, Moskwy, do Polski, do innych krajów. Brakuje liderów, bardzo bym chciała prze- kazać władzę młodym, ambitnym, niech wszystkim się zajmują. Ja nie mam już tyle sił, ale to na razie pozo- staje marzeniem, bo młodzi ludzie nie są zainteresowani pracą społeczną, za którą nie będą otrzymywać ani gro- sza. Odchodzi pokolenie entuzjastów, wyjechało dużo ludzi, na których Po- lonia się opierała. Sporo ludzi już nie żyje. Być może dlatego tak bardzo trzymamy się jeden drugiego, znamy się tyle lat… Może czasem człowiek jest zmęczony, może chciałby już so- bie dać spokój, ale te więzi trzymają. Wszystko bierze na swoje barki parę nienormalnych osób.

Takich jak pani?

– Też…

Jakie plany na przyszłość?

– Żyć dalej… Uczyć dzieci, organi- zować wspólnie imprezy, pomagać członkom związku, pomagać sobie. Polonia jest jak duża rodzina, jedni zo- stają, inni wyjeżdżają.

 

Roman Wojciechowski