Petersburg to dobre miejsce dla marzycieli

(rozmowa z panem Wiesławem Romanowskim – dziennikarzem, publicystą, dokumentalistą, dyplomatą – gościem Petersburga)

Teresa Konopielko – Panie Redaktorze! Na początku lat 90. XX wieku przyjechał Pan do Leningradu.  Był to okres wielkich przemian okresu przebudowy. Jakie wrażenia zostały z tego pobytu, na ile były inspirujące, by pisać, opisywać, relacjonować, filmować. Co zostało z tamtych lat? W Pana życiu i twórczości?

Wiesław Romanowski  – Gdy przyjechałem tutaj pierwszy raz, Leningrad już chyba przechodził do historii, pojawiał się Petersburg. To był czas wielkich nadziei w całej Europie, w Polsce, również w Rosji. Wszyscy ludzie, których w Petersburgu spotykałem, żyli nadzieją na lepszy świat, lepsze życie. Rosjanie rozmawiali o demokratycznej, wolnej Rosji. Miejscowi Polacy organizowali swoje nowe życie wokół Konsulatu Generalnego, oficjalnie można było przyznawać się do polskich korzeni. Mer Anatolij Sobczak szczycił się swoimi polskimi przodkami. Ten entuzjazm był czymś pięknym i ważnym. Nie brakowało też głosów sceptycznych. Pamiętam rozmowy z Panią Natalią Papczyńską, moją przewodniczką i tłumaczką. Ona gasiła mój entuzjazm do demokratycznej, wolnej Rosji. To była niezwykle sympatyczna, doświadczona życiowo osoba. I wykrakała.

Moim pierwszym dziennikarskim zadaniem w Petersburgu była realizacja reportażu „Trójkąt śmierci” o Cmentarzu w Lewaszowie. Punktem wyjścia był pomnik postawiony w Lewaszowie przez społeczność polską z napisem:

„ Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ciekaw jestem, co dzisiaj myślą o tej inicjatywie jej twórcy, oraz ówcześni zwolennicy i przeciwnicy napisu? Czy ta inicjatywa wytrzymała próbę czasu?

W reportażu zwróciłem uwagę na połączenie trzech zjawisk, trzech wierzchołków „trójkąta śmierci”- ukrytych przed ludźmi dołów śmierci, krążownika „Aurora”- symbolu totalitarnej ideologii,i „ białego domu” na Litejnym prospekcie – policji politycznej gotowej do wykonania każdego zbrodniczego rozkazu. Trójkąt śmierci –  to uniwersalny model ludobójstwa. Przykład Lewaszowa ma uniwersalny dla historii Europy charakter.

Wątek poznania historii totalitaryzmu jest stale obecny w mojej dziennikarskiej i filmowej działalności. Jego cień, niestety, stale nam towarzyszy w codziennym życiu.

T.K. – Do Petersburga przyjeżdża Pan z dwoma filmami dokumentalnymi. Zapewne z przesłaniem autorskim. Jakim?

W.R. – Kilka lat temu zrobiłem film dokumentalny „Feliks znaczy szczęśliwy” , jest to filmowa próba biografii Feliksa Dzierżyńskiego, sąsiada Józefa Piłsudskiego.  Zdjęcia obywały się w Białorusi i w Petersburgu. Po „Feliksie” miałem kilka lat przerwy w realizacji filmów, i w ubiegłym roku udało mi się nakręcić pierwszy odcinek nowego cyklu: „Świat, który nie może zginąć” zatytułowany:„Dom architekta Horodeckiego” oraz film „Obserwatorium” o historii Obserwatorium im. Józefa Piłsudskiego na górze Pop Iwan w Karpatach. „Świat, który nie może zginąć”, to historie ludzi i ich dzieł, o których, z różnych względów, warto pamiętać. Bohaterem pierwszego odcinka jest Władysław Horodecki, architekt, nasz rodak z Podola, absolwent Cesarskiej Akademii Sztuki w Petersburgu. Horodecki zbudował w Kijowie Muzeum Sztuki, Kościół św. Mikołaja, Karaimską Kenesę i Dom z Chimerami, swoją najsłynniejszą budowlę. Wszystkie „perły” Horodeckiego, mimo dwóch wojen światowych i rewolucji nadal zdobią Kijów. Ich twórca ma w stolicy Ukrainy swoją ulicę, tuż przy Majdanie, w samym centrum miasta. W filmie staram się odpowiedzieć na pytanie o źródła jego popularności w Kijowie i odczytać przesłanie Jego życia i twórczości.

„Obserwatorium” to z kolei opowieść o tworzeniu i rujnowaniu. Jeden z bohaterów filmu tak ten problem sformułował: „Gdy byłem na Popie Iwanie pierwszy raz i zobaczyłem ruiny Obserwatorium pomyślałem: ile energii musieli mieć ludzie, by na tym odludzi wybudować tak oryginalną budowlę. Myślałem o nich z podziwem, towarzyszyło mu pełne goryczy pytanie – dlaczego inni ludzie postanowili Obserwatorium zniszczyć. ”Z tego zaklętego koła próbują dzisiaj wyjść razem polscy i ukraińscy naukowcy, z Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Przykarpackiego w Iwano-Frankowsku,  odbudowując Obserwatorium. Film jest, rzec można, kolejnym odniesieniem do mitu Syzyfa.

T.K. Po pierwszej wizycie w Leningradzie i filmie dokumentalnym  o A. Drawiczu łączył Pan działalność dziennikarską z pracą dyplomatyczną w Kijowie, Mińsku i Grodnie. Jest Pan autorem kilku książek. Co jest na pierwszym miejscu? Pasja dziennikarska? Jakie plany zakłada Pan na przyszłość? Czy przyjazd do Petersburga jest swojego rodzaju podróżą sentymentalną?

W.R. Praca z Andrzejem Drawiczem nad filmem „Moskwa jak las” była bardzo ważnym etapem w mojej pracy, prawie tak samo istotnym jak poznawanie Rosji przez pryzmat Petersburga, spotkań z twórczością Anny Achmatowej, Josifa Brodskiego, Daniła Granina. Niestety jestem też autorem filmu biograficznego o Andrzeju, odszedł zdecydowanie za wcześnie.

Co jest na pierwszym miejscu? Wszystko co ciekawe. Pracuję nad książką o ostatnim prezydencie Lwowa, Stanisławie Ostrowskim, postaci zupełnie zapomnianej. Jego biografia jest punktem wyjścia do krytyki współczesnych polityk historycznych. Książkę o Stanisławie Ostrowskim  traktuję jako swego rodzaju kontynuację biografii Stepana Bandery, którego terrorystyczna działalność była mocno związana ze Lwowem.  Kończę pisać scenariusz filmu o polsko-ukraińskiej wojnie o Lwów w 1918 roku. W tej okrutnej wojnie był początek polsko-ukraińskiego konfliktu.

Plany? W ostatniej kwarcie mojego meczu z życiem zdecydowanie stawiam na film i literaturę.

Czy podróż do Petersburga jest  sentymentalna? Tak, zdecydowanie tak. Lubię to miasto, chętnie odnajduję tu starych znajomych. Kiedyś, siedząc w Hotelu „Europa” marzyłem, że któregoś dnia przyjadę do Petersburga, by zrealizować film fabularny  zmieniający polsko-rosyjski fatalizm.

Petersburg to dobre miejsce dla marzycieli.

 

Warszawa-Luboń 19 maja 2019

Rozmawiali: Teresa Konopielko, Wiesław Romanowski

Zdjęcia: Denis Szczegłow 21 maja w Petersburgu