Niepoprawne zapiski, czyli przygody arcymistrza szachowego w Polsce

krasenkow_0Moskwa, styczeń 1992 r. Wchodzę do mieszkania i ze wściekłości rzucam rękawicami o podłogę. I znów to samo! Z wyjazdu do Paryża! z żoną! na atrakcyjny turniej! znowu nici… Francuska ambasada odmówiła wiz — czegoś zabrakło w papierach. Dla nich nie jestem arcymistrzem, tylko nędzną ruską świnią, którą trzeba trzymać na odległości…

Telefon. Międzynarodowy. Skąd to?
— Cześć Misza, tu Konrad z gorzowskiego „Stilonu”. Pamiętasz, gdy w ubiegłym roku grałeś w naszym zespole w Drużynowych Mistrzostwach Polski, mówiłeś, że chcesz wydostać się z tego rosyjskiego bałaganu. No to mamy dla Ciebie ofertę…
I tak znalazłem się w pięknym kraju raczej nad Wartą niż nad Wisłą! Po kilku latach zostałem jego obywatelem, wielokrotnie broniłem barw swojej nowej Ojczyzny w najróżniejszych zawodach szachowych, pracowałem i nadal pracuję jako trener. Mógłbym godzinami opowiadać, jak na moich oczach (i cieszę się, że z moim udziałem) rosły nowe pokolenia utalentowanych polskich szachistów. Ale nie o tym tu mowa…
Co mnie od razu uderzyło w Polakach? Przedsiębiorczość. Nie ta fałszywa, oparta na oszustwie, której wzorcem w ówczesnej Rosji było słynne „MMM” czy „Wszechrosyjski Aljans Samochodowy” Bierezowskiego, a ta prawdziwa, której podstawą jest produkcja realnych dóbr. Jakość wyrobów, prac, usług. Znacznie mniejsza biurokracja a może to tylko wrażenie, spowodowane niespotykaną w Rosji życzliwością urzędników? Summa summarum w tym kraju można było normalnie żyć!
Ale każdy medal ma dwie strony. W Polsce, jak wszędzie, nie brakowało kłamców i oszustów. A najbardziej raniła wtedy dopiero ze zdumieniem odkrywana oficjalna i medialna antyrosyjskość czy wręcz rusofobia.
Dla mnie było to całkiem nowe zjawisko. Potok informacji o zbrodniach komunistycznych, który zwalił się na nasze głowy w drugiej połowie lat 80. a dla mnie zbiegł się w czasie z pobytem bez winy w odrażającym wiezieniu, czyli służbą w Armii Radzieckiej, skutecznie ukształtował moje antysowieckie poglądy. Cieszyłem się w 1989 r. z sukcesów narodów Europy Środkowej, które obaliły komunizm, kibicowałem Gruzinom i Bałtom w ich dążeniu do niepodległości. Byłem dumny, że Rosja w 1991r. uwolniła się od czerwonej zarazy. Ale okazało się, że tu, w Polsce, media i politycy maja inną perspektywę. Tu wolna Rosja jest w dalszym ciągu wrogiem, każde jej posunięcie jest rozpatrywane pod kątem ewentualnej szkody, jaką może przyczynić interesom Polski, rosyjski biznes tu wstępu nie ma, „rosyjski agent” to najgorsza obelga dla polityka, a każdy działacz państwowy w dowolnym kraju świata, jeżeli dąży do zbliżenia z Rosją, staje się automatycznie nieprzyjacielem Polski, i na odwrót, nawet największy zbrodniarz w rodzaju Basajewa, jeżeli jest wrogiem Rosji, cieszy się tu sympatią. Tak wygląda dominująca postawa tzw. elit; „wyłamujący się” z niej politycy i dziennikarze są w Polsce w wyraźnej mniejszości.
Drugi szok przeżyłem, gdy pojawiły się fora internetowe. Czytanie o swoich, nawet byłych, rodakach, że są świniami, szympansami, że na szczęście zdychają na alkoholizm i AIDS, nie było miłym przeżyciem. Co prawda, po przejrzeniu niektórych rosyjskich forów, gdzie tamtejsi „patrioci” w podobnym duchu piszą nie tylko o Polakach, Bałtach czy Gruzinach, ale i o rosyjskich, jak ich pogardliwie określają, „liberastach” i obrońcach praw człowieka, nabrałem nieco dystansu do tego rodzaju „twórczości.
Zresztą właśnie wtedy wcale nie po ukraińskiej „pomarańczowej rewolucji”, a wcześniej po polskich reakcjach na biesłańską masakrę (faktycznie wybielających dzieciobójców i oskarżających o wszystko władze rosyjskie) zmieniła się również postawa Rosji. Wcześniej jej władze jakby nie dostrzegały polskiej wrogości, ale teraz zaczęły mnożyć różne przykre oświadczenia i gesty dyplomatyczne, z embargiem na mięso i inne towary włącznie. Mimo pewnego osłabienia napięcia w ostatnich dwóch latach, zasadniczo nic się nie zmieniło Rosja i Polska nadal traktują siebie nawzajem jako wrogów, reszta jest tylko kwestią taktyki.
Długo zastanawiałem się nad przyczynami tego zjawiska. Przecież przez kilkanaście lat rzadko spotykałem się tu z jakąkolwiek rusofobią w życiu codziennym. Owszem, lata ucisku w czasach carskich i sowietyzacji w okresie powojennym (Rosjanie, zaślepieni legendą Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, nie są w stanie zrozumieć, że ZSRR wcale nie wyzwolił Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, tylko po prostu je sobie podporządkował) nie mogły nie wpłynąć na stosunek Polaków do rosyjskiego państwa. Ale teraz mamy inne czasy, Rosja jest innym krajem, i o ile Jan Kowalski spod budki z piwem może tego nie dostrzegać, politycy, politolodzy, dziennikarze ludzie światli i wykształceni nie mogli „przespać” 1991 roku. Powiedzmy, Rosja nie jest wzorową demokracją, ale jakoś w polskich elitach nie widzę wrogości do Azerbejdżanu czy Turkmenistanu, wręcz odwrotnie. Owszem, Rosja ma swoje interesy, nie zawsze zbieżne z interesami Polski czy Zachodu, ale przecież tych różnic nie da się porównać do konfrontacji z okresu zimnej wojny (o czym zresztą wielu polskich polityków i politologów wręcz żałuje, a na każdą próbę zbliżenia Rosji z USA lub Niemcami patrzy bardzo podejrzliwie!). Są oczywiście politycy (np. bracia Kaczyńscy), których nienawiść do Rosjan jest wręcz zoologiczna, ale są to raczej pojedyncze kliniczne przypadki. Pozostaje jedno chodzi po prostu o celowe podtrzymywanie stereotypów i tworzenie wizerunku wroga w nie do końca jasnych celach politycznych.
Bardzo charakterystyczna była reakcja polskich mediów na ubiegłoroczną wojnę rosyjsko-gruzińską. Na początku, gdy pewnie jeszcze trwały jakieś „konsultacje na szczycie”, media informowały o faktach (które były jednoznaczne i oczywiste wojnę rozpętał reżim Saakaszwilego). Po paru dniach, jak na rozkaz, zaczęło się: „rosyjska agresja”, „znana twarz rosyjskiego imperializmu”, „solidarność z Gruzją” itd. itp…
Po co to wszystko? Nie jestem politologiem i nie mam odpowiedzi. Także na pytanie, po co w Rosji w dokładnie ten sam sposób tworzy się wizerunek wroga w postaci USA.
Czy zwykły szary obywatel (którego z reguły polityka średnio obchodzi) może te wszystkie zawirowania po prostu olać? Tym bardziej, że w Polsce, jak już wspomniałem, rusofobia w życiu codziennym jest zjawiskiem rzadkim? Niestety nie. Wrogość państw kładzie się cieniem na kontakty kulturalne, naukowe, sportowe między naszymi krajami, które pozostają na poziomie „minimalnej przyzwoitości”. Wznowienie festiwalu piosenki rosyjskiej w Zielonej Górze wymagało aż porozumienia premierów, przy wściekłym oporze polskiej prawicowej opozycji. Niekiedy wyręczają entuzjaści: od kilkunastu lat dr Marlena Zimna prowadzi w Koszalinie prywatne muzeum Władimira Wysockiego, do którego eksponatów pamiątek, zdjęć, nagrań szuka i odnajduje! na całym świecie. Ale częściej bywa inaczej na przykład organizatorzy zawodów szachowych w trosce o polityczną poprawność i uniknięcie ewentualnych oskarżeń o „rusofilię” obawiają się zapraszać zawodników z Rosji, a już na pewno nie więcej niż jedną, góra dwie osoby, mimo że właśnie Rosjanie są najlepsi na świecie w „królewskiej grze”! A gdy zapraszają na straży niekiedy stają polskie ambasady i konsulaty, mnożąc tak samo jak Francuzi czy Niemcy trudności z uzyskaniem wiz i tym samym odstraszając zarówno zawodników, jak i organizatorów. Wizowa blokada Rosji i innych krajów WNP to zresztą osobny, od wielu lat gorący temat w stosunkach europejskich.
Co w takiej sytuacji mamy robić my, zwykli ludzie? Na początek nazwać rzeczy po imieniu i to niniejszym czynię. A potem spokojnie, bez emocji i wzajemnych oskarżeń, zastanówmy się razem nad tym, jak spróbować od dołu być może powoli tę sytuację zmienić, jeżeli oczywiście jesteśmy tym zainteresowani. Zapraszam do dyskusji!
Michał Krasenkow, arcymistrz szachowy