„Nie można bać się ani Wschodu, ani Zachodu” …czyli o tym, czym Petersburg zaskakuje

Rozmowa przeprowadzona z dr Katarzyną Zagórską, wykładowcą na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, która pracowała jako lektor języka polskiego w Archangielsku oraz Petersburgu w latach 2000-2002

ЗагурскаJak to się stało, że wyjechała Pani do Rosji, żeby uczyć języka polskiego?
W czasie studiów uczyłam w szkole polonijnej w Brukseli i bardzo mi się to spodobało. Po powrocie do Polski uczestniczyłam w fakultecie Język polski jako obcy, który prowadziła prof. Halina Zgółkowa. Moja przygoda z Sankt Petersburgiem zaczęła się w 1999 r. Cztery seminarzystki prof. Haliny Zgółkowej odbywały praktyki pedagogiczne nad Newą, w szkole nr 216, gdzie wówczas nauczany był język polski. Podczas naszego pobytu placówka otrzymała imię Adama Mickiewicza. Już wtedy zakochałyśmy się w Petersburgu, mieście kanałów, mostów, w którym mieszkańcy stali w kolejkach, by kupić karnety na cały sezon artystyczny do teatru czy filharmonii. Rozpoczęłyśmy przygodę, która nie zakończyła się po miesiącu praktyk. Kilkanaście lat temu wielu absolwentów naszego wydziału wyjeżdżało, by uczyć języka polskiego jako nauczyciele albo lektorzy. Ministerstwo, po kursach i egzaminach, kierowało ich do pracy w różnych krajach i miastach. Moje koleżanki z seminarium magisterskiego wyjechały do Saratowa i Usola Syberyjskiego. Moim pierwszym kierunkiem był Archangielsk, natomiast rok później, w 2001 roku, rozpoczęłam pracę w Petersburgu.

Jak wyglądały początki pracy w Petersburgu? Był to trudny czy łatwy start?

W 1999 r., po uzyskaniu zaproszenia, wizy, załatwieniu wielu formalności wyjechałyśmy pociągiem do Petersburga pod koniec sierpnia. Już pociąg i droga trwająca dobę stanowiły dla nas atrakcję. Wrzesień powinien być chłodniejszy niż w Polsce, ale trafiła nam się prawdziwa złota jesień. Odkrywałyśmy Petersburg jak Wenecję Północy. W Rosji pracuje się i uczy w szkołach od poniedziałku do soboty. Wraz z koleżankami zajmowałyśmy się dydaktyką, ale miałyśmy też czas i sporo chęci, entuzjazmu, by przygotowywać obowiązkowe zajęcia, a także programy artystyczne, konkursy, spotkania promujące polską kulturę, co udawało się dzięki pomocy Konsulatu RP. Oprócz tego w wolnych chwilach zwiedzałyśmy miasto, w którym znajduje się niezliczona liczba muzeów, galerii, teatrów. Mieszkanie zapewnili nam nauczyciele pracujący w szkole, a serdeczną opieką otoczyła nas Pani Teresa Konopielko. Była naszym dobrym duchem, dzięki niej, trafiając do ogromnego miasta, mogłyśmy czuć się bezpiecznie. Do Petersburga wróciłam już za rok jako lektor archangielski, a po dwóch latach – petersburski.

W jaki sposób odbywało się nauczanie języka polskiego? Czy różniło się ono w Archangielsku i Petersburgu?

Język polski jako obcy nauczany jest za granicą w różny sposób. Lektorat języka polskiego gwarantuje naukę języka, a program studiów, np. filologii słowiańskiej albo polskiej, obejmuje literaturę, gramatykę, wiedzę o kraju i kulturze. W Archangielsku język polski zaczął być nauczany dzięki prof. Tadeuszowi Zgółce, najpierw w ramach lektoratu, a następnie polonistyki. Studenci chętnie przyjeżdżali na praktyki do Polski, bardzo szybko uczyli się naszego języka, niektórzy mieli polskie korzenie. Inaczej było w Petersburgu – polonistyka stanowiła część studiów slawistycznych. Studenci, którzy od pierwszego roku uczyli się bułgarskiego, mieli od trzeciego roku polski i odwrotnie. Podobnie uczono serbskiego oraz czeskiego. W Petersburgu pracowali poznańscy wykładowcy, przyjeżdżano tu na konferencje naukowe oraz wymiany studenckie. Z pewnością niewielka odległość od Polski i urok tego miasta sprawiły, że rozwijała się współpraca. Ułatwienie stanowiły zbiory biblioteki katedry, w której pracowałam, skrypty do nauki polskiego oraz sporo literatury.

A co z językiem rosyjskim? Odczuwała Pani jakąś barierę językową w kontakcie z lektorami z różnych krajów?

Jeśli chodzi o wyjazd studencki, raczej nie miałyśmy takich problemów. Nasze roczniki uczyły się jeszcze języka rosyjskiego w szkole. Oczywiście wydawało się nam, że znamy go dobrze. Na początku pobytu w Petersburgu okazało się, że rozumiałyśmy prawie wszystko, ale mówiłyśmy raczej dziwnie, łącząc słowa rosyjskie z polskimi. W przełamaniu bariery językowej pomaga przede wszystkim rozmawianie w danym języku, spotkania z ludźmi, poznawanie kultury danego kraju, języka, także dzięki prasie, radiu i telewizji. Z czasem można oglądać i rozumieć już nie tylko w teatrze spektakle baletowe, ale też klasykę rosyjską. Pamiętam, że zarówno w Archangielsku, jak też w Petersburgu lektorzy bardzo się lubili, pomagaliśmy sobie i spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Staraliśmy się rozmawiać ze sobą na co dzień po rosyjsku, co wynikało z szacunku dla ludzi i miejsca. Pomagało to też w szybkiej nauce i wzajemnej mobilizacji. W Petersburgu mieszkałam blisko lektorów z Czech, Serbii, Francji, Katalonii i Bułgarii. W Archangielsku pracowali głównie lektorzy ze Skandynawii i Polski.

Dostrzegła Pani duże różnice pomiędzy życiem w Poznaniu a Petersburgu?

Oczywiście, że tak. Poznaniacy żyją znacznie wolniej, odległości w mieście są mniejsze, ogromne miasto powoduje, że chodzi się szybciej, a wszędzie jest tłok, od Newskiego Prospektu po stacje metra. W Petersburgu same odległości między przystankami trolejbusowymi, autobusowymi czy tramwajowymi są 2-3 razy większe. Kiedy wróciłam do Poznania, początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić i często wydawało mi się, że nie ma sensu wsiadać do tramwaju. Dziwiło mnie, że Warta jest taka mała i płytka, a ulice są puste. Oczywiście, w porównaniu do Petersburga. Tam chodzi się zawsze szybko, w metrze należy iść po prawej stronie, nawet na schodach ruchomych, by nie blokować drogi tym, którzy spieszą się bardziej od nas. Różnice zawsze zaskakują i czegoś uczą. Moi studenci z Archangielska, którzy odwiedzali Polskę, byli zachwyceni Poznaniem, Wielkopolską. Bardzo podobał się im Rogalin z dębami i Kórnik z kwitnącymi magnoliami czy rododendronami. Wszędzie robili zdjęcia, by podczas długiej rosyjskiej zimy oglądać piękną polską wiosnę. Nie dowierzali, że w Polsce z jednego miejsca do drugiego można przyjechać w tak krótkim czasie i nie trzeba zabierać garnka z ugotowanymi ziemniakami, jadąc pociągiem w Tatry tylko całą noc, a nie 30 godzin. To dla mnie miłe i czasem zabawne wspomnienia. Petersburg ze swoją bogatą ofertą kulturalną jest – moim zdaniem – rosyjska stolicą kultury. W Ermitażu mogłam zobaczyć obrazy ukochanego przeze mnie Rembrandta, ale także zapoznać się z ikonami i malarstwem rosyjskim. To są naprawdę ogromne zbiory, więc jeśli ktoś kocha sztukę, teatr, kulturę, w tym mieście znajdzie coś dla siebie. Takich miast jak Petersburg jest na świecie zapewne kilka, można w nich odnaleźć swoje miejsce, przynajmniej na pewien czas. Sporym utrudnieniem, jak w każdym ogromnym mieście, jest komunikacja. Codziennie do centrum, gdzie mieści się uczelnia, dojeżdżaliśmy ok. 1,5 godziny w jedną stronę. Za to o poranku można było zobaczyć wędkarzy wracających z połowu, z całym rynsztunkiem. To był niesamowity widok – mieszkaliśmy przecież nad Zatoką Fińską, czyli przy trasie wyjazdowej z Petersburga w kierunku Finlandii.

Jak Pani przyznała, Petersburg jest stolicą kultury. Zapewne korzystała Pani z dobrodziejstw, jakie dawało to miasto. W jaki sposób organizowała sobie Pani czas wolny?

uniwerBudynki Sankt-Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego położne są bardzo malowniczo, nad Newą, przy Korpusie Mendelejewa, koło Rosyjskiej Akademii Nauk, blisko – jak na realia dużego miasta – pałaców, muzeów i parków. W oddali można już było dostrzec sam Ermitaż. Kiedy pracuje się jako lektor, czasu wolnego nie ma za dużo, a soboty nie są wolne. Czasem zostawałam w centrum, ponieważ nie zdążyłabym dojechać do domu i wrócić, by skorzystać z oferty kulturalnej. Każdy humanista byłby zachwycony teatrami, księgarniami, czytelniami, muzeami, których jest wiele w Petersburgu, a oferta pozostaje bogata. Każdego dnia jest z czego wybierać! Najpierw, kiedy nie znałam dobrze rosyjskiego, lubiłam spektakle baletowe. Były zachwycające! Później odkrywałam spektakle rosyjskojęzyczne – zarówno te offowe, jak i klasyczne. Swoje miejsce odnalazłam m.in. w Ermitażu, w teatrach, filharmoniach. Takich ulubionych miejsc jest wiele. Kiedy wracałam później do Petersburga, czułam się jak u siebie, nawet spacer hałaśliwym i tętniącym życiem Newskim Prospektem dawał mi sporo radości.

Co było największą wadą podczas mieszkania w Rosji? O czym powinien wiedzieć turysta?

Rosja, choć tak się kiedyś wydawało, wcale nie jest krajem tanim, a miasta, szczególnie Petersburg i Moskwa, są bardzo drogie. Minusem były przede wszystkim godziny szczytu, kiedy wszędzie panował i pewnie nadal panuje niesamowity tłok i hałas. Miasto pełne jest petersburżan, turystów, przyjezdnych pracowników czy studentów z całego świata. Często z lektorami jechaliśmy razem marszutką (mały busik) albo tramwajem, co trwało bardzo długo, ale i tak nie mogliśmy wejść do pierwszego czy drugiego przyjeżdżającego metra, bo się nie mieściliśmy, tylu ludzi czekało na peronie. Niejednokrotnie wzajemnie się wpychaliśmy, by dostać się do środka, zaczynając od osób, które miały zajęcia najwcześniej. Wtedy też trudno było się poruszać po Petersburgu bez znajomości rosyjskiego, dziś miasto jest dobrze oznakowane, coraz więcej młodych osób mówi po angielsku. Nie znając rosyjskiego alfabetu, można przeczytać nazwy ulic czy nazwy stacji metra, kolejki podmiejskiej, przystanki autobusu, by dojechać za miasto, do Peterhofu czy Pawłowska.

Pod względem turystycznym – co koniecznie trzeba zobaczyć w Petersburgu?

most2Petersburg jest nazywany Wenecją Północy. Pełen jest kanałów, po których można pływać stateczkami turystycznymi. W czerwcu, gdy rozpoczynają się białe noce, prawie całą noc jest jasno. To coś niesamowitego. Skoro trudno zasnąć w tym literackim mieście, spaceruje się albo odmraża lodówkę. Warto pamiętać, że piękne zwodzone mosty w nocy podnoszą się, więc nieświadomy tego turysta może nie wrócić do domu. Musi czekać kilka godzin, gdy będzie możliwość przejazdu. Atrakcjami są, jak już mówiłam, teatry, galerie, muzea. Nie można zapomnieć o tradycyjnej rosyjskiej kuchni, oczywiście najlepsze są domowe pierogi, zapiekane z przeróżnymi farszami – z kapustą, serem, rybami, mięsem. Podczas antraktu podaje się szampana i kanapkę z łososiem czy kawiorem – niekoniecznie na studencką kieszeń! W mieście znajduje się wiele kawiarni. Były to, jak pamiętam, miejsca, w których Rosjanie bardzo chętnie spędzali czas, rozmawiając, spotykając się z bliskimi, czy czytając książki. I oczywiście jedząc torty.

Czy praca konsulatu ułatwiła Pani każdorazowy pobyt w Rosji?

Zdecydowanie tak. W pracy lektora opieka konsularna jest bardzo ważna. Najpierw trzeba załatwić wiele formalności, a uczelnie i ministerstwa współpracują z konsulatami. Na wyjazd do Rosji konieczna była wiza, zaproszenie, zgoda na pracę, często lektor pomaga studentom oraz środowiskom polonijnym, organizuje staże czy wyjazdy na kursy językowe. Kilkanaście lat temu nie mieliśmy łatwego dostępu do sieci i materiałów elektronicznych. W zdobyciu pomocy dydaktycznych, podręczników, filmów, książek, czasopism niezastąpiony był konsulat. Na jego pomoc i wsparcie zawsze można było liczyć, za co chciałabym podziękować osobom, które nas wtedy wspierały, jak też wszystkim, którzy obecnie pomagającym lektorom uczącym języka polskiego na całym świecie.

Zachęca Pani swoich studentów i młodych ludzi do podejmowania takiego wyzwania, jakim jest wyjazd ze swojego ojczystego kraju?

Wyjazdy uczą odwagi, pomysłowości, wymagają nieco fantazji. Na pewno w czasie studiów warto podejmować takie wyzwania. Nie można bać się ani Wschodu, ani Zachodu. Wiem, o czym mówię, ponieważ uczyłam języka polskiego w szkole polonijnej w Brukseli, uczyłam też studentów w Archangielsku i Petersburgu. Musiałam sama podróżować, poznałam wielu ludzi, zwiedziłam wiele miejsc. Niewątpliwie atutem jest znajomość języka obcego, ale pomaga także otwartość, szacunek do innych, chęć zrozumienia innych kultury i osób. Kiedy mieszka się daleko od kraju, rodziny, przyjaciół, poznajemy siebie i doceniamy wiele szczegółów codziennego życia. Nawet jeśli nie czujemy się pewnie, nie znamy dobrze języka angielskiego, francuskiego, rosyjskiego czy niemieckiego, warto czas studiów wykorzystać na staż czy dłuższą podróż, na nietypową pracę, wolontariat. Młody humanista nie ma nic do stracenia, a wiele do zyskania. Zachęcam studentów, żeby korzystać z takich możliwości, bo jeśli nie teraz, to kiedy? To, co się zrobi w tym wieku, będzie później procentowało.

Agnieszka Grzybowska i Katarzyna Hajzer