M-city: „Sztuka w przestrzeni publicznej była zawsze obecna”

Mariusz Waras – znany jako m-city. Należy do najbardziej znanych polskich artystów street-artowych, zajmuje miejsce w światowej czołówce tego nurtu. Urodzony w 1978 roku w Gdyni, ukończył gdańską Akademię Sztuk Pięknych, obecnie prowadzi autorską pracownię Street Artu na Akademii Sztuk Pięknych w Szczecinie. W sierpniu 2016 roku namalował dwa murale w petersburskim Muzeum Sztuki Ulicznej.

MG: Byłeś gościem petersburskiego Muzeum Street Artu. Jakie masz wrażenia z miasta i samego Muzeum?

MW: Byłem w Rosji trzeci raz – pierwszy raz byłem w Moskwie, na wystawie Street Artu w 2008. Drugi raz byłem chwilę przed Petersburgiem – dwa, trzy tygodnie wcześniej, również w Moskwie. Petersburg wygląda dla mnie znacznie lepiej niż Moskwa. Moskwa jest podobna do wszystkich stolic – ludzie czują się tam obco, jest dużo ludzi przyjezdnych, odczuwa się pewien dystans. Ruch samochodowy jest przegięty do kwadratu – właściwie jest tam jeden wielki korek. Petersburg przy tym wydaje się inny. Po pierwsze jest ładny – duża część architektury – z tego co wcześniej czytałem i wiedziałem – jest zachowana, również odbudowa po drugiej wojnie światowej szanowała strukturę miasta. Podoba mi się też to, że nie ma nowoczesnego, szklanego centrum – city, pokazuje to, jak miasto może wyglądać – jako spójny projekt, o którym teraz już się rzadko myśli.

aleks-gorbunow

Mariusz Waras w Muzeum Street Artu w Petersburgu. Foto: Aleksander Gorbunow

Jeśli chodzi o Muzeum Street Artu – z początku podchodziłem do tego oczywiście sceptycznie – Muzeum i Street Art, Galeria i Street Art w pewien sposób się wykluczają. Wiadomo, że jakimś łącznikiem są tutaj pieniądze. Muzeum czy też galeria jest instytucją, która karmi artystów ulicy. Jeśli oni działaliby tak jak kiedyś, pewnie by sobie nie poradzili. Natomiast kiedy przyszedłem pierwszy raz do SAM, zobaczyłem, że po pierwsze to nie jest muzeum tylko bardziej instytucja zajmująca się sztuką współczesną, sztuką w przestrzeni publicznej, nie ma za zadanie archiwizowania – uznałem to za duży plus. Po drugie street art, graffiti jest tam traktowane bardzo szeroko – przynajmniej przy tej wystawie, którą widziałem. Street art to nie tylko mural (który tak naprawdę nie jest street artem tylko malarstwem wielkoformatowym), na wystawie były też instalacje, wideo, dużo różnych form – i to jest dobre.

Z tego co wiem trochę szkoda, że tych wszystkich rzeczy nie ma w Petersburgu – że to Muzeum to właśnie zamknięta przestrzeń. Jeśli mówimy o street arcie, muralach, graffiti – jest o to ciężko – zarówno w Moskwie jak i Petersburgu. Jest jedno miasto w Rosji, na J…

MG: Jekatierinburg

MW: Właśnie – to podobno stolica street artu, wszystko tam jest wymalowane od góry do dołu, ale w Petersburgu już tego nie ma. Szkoda, że to nie wychodzi na zewnątrz, zamyka się w jakiejś przestrzeni, która też jest oddalona od centrum, nie ma tłumów, które to odwiedzają – raczej to są osoby, które są wybitnie zainteresowane tym co chcą tam zobaczyć a nie ci przypadkowi widzowie, którzy normalnie występują, kiedy praca jest gdziekolwiek w przestrzeni centrum miasta.

MG: W Petersburgu problem ze sztuką w przestrzeni publicznej wynika ze specyficznego pojmowania wartości historycznej miasta – nie ma szansy, żeby w historycznych dzielnicach oficjalnie coś namalować – nawet, jeśli kamienice są już zniszczone.

MW:  Z jednej strony to też dobrze, że się dba o zachowanie historycznej tkanki.

m-city_269_brooklyn_nyc_us_2010

MG: Może tak, ale ja mam poczucie, że centrum miasta – szczególnie to XVIII wieczne jest swego rodzaju makietą dla turystów, nie ma tam życia.

MW: Z kolei w Łodzi to zostało doprowadzone do absurdu – idzie to w drugą stronę. Tutaj możemy już mówić o masowym stosowaniu murali. Zamiast to miasto naprawiać w sposób fizyczny tak naprawdę się je pudruje muralami.

MG: W Łodzi jest rzeczywiście przesyt, ale też działania np. fundacji Urban Forms czy Łódzkiego Centrum Wydarzeń idą w innych kierunkach.

MW: Trochę tak i trochę nie – w tym roku było sporo festiwali, faktycznie idących w inną stronę. Ale i tak gdy podliczymy niby jest tych murali mniej a tak naprawdę jest ich tyle samo.

MG: W tym roku w Łodzi większy akcent został położony też na instalacje, goszczące w mieście tylko przez jakiś czas – projekt Uniqua Art Łódź. Ale z innej beczki – czy wiesz coś o specyfice sceny street artu i murali w Rosji?

MW: Tak naprawdę mam dość małe rozeznanie – znam kilka osób z Moskwy – może nawet oni znają bardziej mnie niż ja ich. Widujemy się gdzieś w Europie, przy jakichś festiwalach czy projektach komercyjnych – np przy projekcie realizowanym dla LotusF1Team. Natomiast to co jest teraz w Moskwie i też to co jest w Polsce to już druga, trzecia, czwarta fala tego ruchu – nastawiona trochę bardziej komercyjnie, dekoracyjnie jeśli chodzi o miasto. To wszystko się zmieniło – to już nie jest ruch oddolny, alternatywny, który ma coś ważnego do powiedzenia – coś o ekologii, o polityce – o czymkolwiek. To jest czysta dekoracja – powielanie jakiegoś sposobu, który się wymyśliło albo praca komercyjna. W Rosji jest też na pewno sporo jeszcze graficiarzy, którzy intensywnie działają na ulicy. To też nie jest masowy ruch – tak mi się przynajmniej wydaje – jaki był na przykład w Polsce 10 lat temu, gdzie writerów, malowanych pociągów, domów były setki – tutaj jest spadek a w Moskwie – czy ogólnie w Rosji jeszcze mniej się dzieje – pomimo, że jest dużo większy obszar.

MG: W jednym z wywiadów mówiłeś, że jesteś artystą komercyjnym.

MW: Taki tytuł nadał dziennikarz – wyjmując całe zdanie z jednej rozmowy, dotyczące zleceń czysto komercyjnych – na przykład pomalowanie statku, współpraca z Formułą 1, z firmą energetyczną z Norwegii. To są rzeczy, które są dosyć fajne bo to nie jest tak, że ja robię do końca zlecenie. Nie ma takich sytuacji kiedy te firmy mówią – Panie Mariuszu, my produkujemy energię to poprosimy tu coś zielonego, kwiatki i tak dalej. Jeśli to nie opiera się na mojej stylistyce, na tym co ja mam w głowie to po prostu to odrzucam. Lepiej jest kiedy komercyjne realizacje opierają się na moich projektach, choć oczywiście są omawiane z zamawiającym. To są rzeczy, które dają mi pieniądze, które mogę przeznaczyć na inne rzeczy, związane z malowaniem. Jestem potem w stanie coś zorganizować, polecieć gdzieś, kupić farby, przesiedzieć kilka dni w hotelu – daje to komfort finansowy. Jeżeli mówimy o Polsce to życie z tej dziedziny sztuki jest dość trudne. Polski rynek został zdominowany przez festiwale, które generalnie nie płacą, albo płacą bardzo mało – często mniejsze pieniądze niż dostaje malarz, który maluje ścianę na biało. Oczywiście jest tam mnóstwo innych kosztów – rusztowania, podnośnik, farby, artysta jest końcowym ogniwem. Rynek sztuki – nie tylko w tej dziedzinie – też jest słaby w Polsce – nie ma za dużo możliwości. Jest dużo aukcji z bardzo niskimi kwotami startowymi. Na zachodzie owszem zdarzają mi się też fajne rzeczy, ale są to rzeczy okazjonalne, nie można ich zaplanować. Albo ktoś zaproponuje wystawę albo jej nie zaproponuje – to taka gra.

MG: Masz jednak doświadczenie z projektami komercyjnymi, czy na tej podstawie możesz udzielić jakichś rad?

MW: Od samego początku, już przy pierwszym zapytaniu z dużej firmy – chyba z 12 lat temu – przekazałem to znajomemu, on rozmawiał w moim imieniu. Ten model się sprawdził, stosuję go do dzisiaj. Są takie zlecenia, które jestem sam w stanie ogarnąć – wtedy nie korzystam z takich usług – mówimy o drobnych projektach: sprzedaży obrazu czy ściance dla kogoś. Kiedy wchodzi do tego duża firma, która ma sztab ludzi, a ty jesteś sam jako artysta – wtedy wiadomo, że cię zjedzą “na dzień dobry”.  Na pierwsze spotkanie przyniosą ci kontrakt do podpisania i powiedzą – podpisujesz albo nie – nawet bez czytania. Obecność w tym wszystkim osób trzecich – ludzi, którzy zajmują się negocjacjami jest bardzo ważna. Na pewno się na tym nie traci. Taka osoba jest w stanie wynegocjować dużo więcej niż ty jako artysta, gdzie jednocześnie będziesz pracował nad projektem – w lewo, w prawo, zielone, białe, niebieskie, a zaraz obok – w tym samym kanale będziesz myślał o pieniądzach – ile to jest warte. Warto te sytuacje separować – ja jestem tylko od fizycznej roboty – od wykonania i zaprojektowania, a od umów, aneksów jest inna osoba. Na naszym rynku takie podejście to ciągle jest rzadkość. To jest tak, że dostajesz od korporacji propozycję, tam pada jakaś suma i mówisz – fajnie! Trudno jest nawet przeczytać umowę, bo zazwyczaj ma kilkadziesiąt stron, gdzie sprzedajesz wszystko na różne pola eksploatacji i fajnie jest jak na to wszystko spojrzy osoba z zewnątrz, która ma do tego dystans i na chłodno mówi co można zaakceptować a czego nie.

m-city_395_483_brussel_belgium_2011

MG: Mówiliśmy już trochę o przesycie muralami w polskich miastach. Czy masz jakiś pomysł na to co będzie ze sztuką w przestrzeni publicznej po muralach?

MW: Sztuka w przestrzeni publicznej była zawsze obecna – nawet w Petersburgu widać fontanny, jakąś małą architekturę – zawsze było to projektowane w jakiś sposób. To będzie zawsze obecne – że wychodzisz z domu i widzisz ładne rzeczy. Jeżeli chodzi o murale to to zjawisko miało swoją górkę – w sensie artystycznym – i teraz to spada. To idzie w kierunku czystej dekoracji. Nieważne co na tej ścianie jest, byle było ładnie, grzecznie, kolorowo, żeby się podobało urzędnikom – bo oni to przecież akceptują i to też jest wyznacznik jakości tych działań. De facto artyści do końca nie mają wpływu na to co robią. Wiedzą co projektują, ale na końcu jest urzędnik, który mówi tak albo nie. To będzie cały czas spadać. Jest teraz tendencja do działań podobnych jak Uniqua Art Łódź – czyli pokazywania obiektów w przestrzeni publicznej – tylko to jest znowu odgrzewany kotlet trochę. To wszystko było, fajnie, że jest. Problem jest taki, że z tych ludzi, którzy zajmują się muralami, street artem, nagle próbuje się robić ludzi, którzy zajmują się obiektami. Czasami się to udaje, ale w większości przypadków to się nie udaje bo ci ludzie nie mają doświadczenia w takim projektowaniu – obiektowym, w mieście, w przestrzeni. To też jakiś minus tego wszystkiego. Poza tym, ciągle pozostaje to w sferze dekoracji. Patrząc na te projekty w Łodzi – one są wszystkie ładne, to czysta dekoracja.

Jest też bardzo duży rozwój murali reklamowych – w Warszawie działa firma Good Looking. Oni robią mnóstwo ścian – niektóre firmy zamiast bannerów (które są źle kojarzone) malują ściany. Co dwa tygodnie zmiana – jak w firmie, która wiesza bannery. Robią to w całej Polsce i nie tylko.

To wszystko się gdzieś zaciera – malowanie w mieście z malowaniem reklam. Są w Polsce konkursy, w których nie jest wymagane doświadczenie w malowaniu murali. Ty coś projektujesz w komputerze, poskładasz coś w photoshopie z tych obiektów, wygrywasz konkurs i ktoś to maluje za ciebie. Ty już w tym nie uczestniczysz. Pojawia się pytanie – w którym miejscu jest granica, gdzie coś się kończy a gdzie zaczyna. Wypada ważne ogniwo z procesu twórczego, okazuje się że fizyczne tworzenie dzieła, dotyk farb nie jest już ważny, że można wszystko oddać komuś.

Zmienia się też tematyka. Sytuacja polityczna w kraju ma wpływ na to co się maluje. W Polsce jest teraz wysyp murali patriotycznych, o żołnierzach wyklętych, o powstaniach, rewolucjach, gloryfikowanie różnych osób. To też jest jakiś odłam muralizmu.

Osoby, które w tym siedzą mogą to rozróżniać, wiedzą co jest co, a dla osób z zewnątrz nie ma to znaczenia. Im może się podobać fajna reklama, fajnie namalowana, a ty wiesz, że stoi za tym firma i przy tworzeniu tego brało udział 20-30 osób. To zupełnie co innego niż mural wykonany fizycznie przez jakąś osobę, która jest w to zaangażowana w 100 procentach. Tego rozróżnienia nie ma w Polsce. Nie wiem czy widziałeś taki konkurs siedem cudów Polski? Jeden z tych cudów to ściana w Poznaniu, takie domki namalowane na ścianie – tylko, że to też jest komercyjna realizacja, na zamówienie. To jest tak, jak byś miał banner reklamowy dużej firmy, który jest ładnie zrobiony i ktoś by zdecydował, że to jest cud Polski bo to jest ładne.

03

MG: Jesteś znany głównie z projektu m-city. Czy Mariusz Waras to tylko m-city czy też coś innego?

MW: W zasadzie tylko m-city. Na początku to był projekt otwarty – ja byłem kreatorem, budowniczym tego miasta, ale miasto składało się z różnych budynków i każdy budynek był osobnym szablonem. Zapraszałem znajomych i wszyscy budowali to miasto. Ja kontrolowałem obrys tej pracy, główne kierunki, kompozycję i tak dalej, ale wypełnienie budynkami robiły różne osoby. Często było tak, że różni ludzie tworzyli swoje obiekty, które się pojawiały w tych ścianach. Potem to się pozmieniało – nazwa tego projektu przyległa do mnie jak jakaś ksywa i tak zostało. Te prace, które teraz robię dalej numeruję, nazywam m-city, ale to już jest trochę gdzie indziej w stosunku do tych rzeczy, które robiłem na początku. Teraz jest tak, że ja jestem sam w tym projekcie cały czas, ale oczywiście jak robię coś większego to mam grupę znajomych, przyjaciół czy też studentów, którzy mi w tym wszystkim pomagają – jestem takim małym pracodawcą dla niektórych z nich.

MG: To teraz jeszcze pytanie o liczbę puszek (przed rozmową dyskutowaliśmy o tym, że dziennikarze najczęściej pytają ile puszek zostało zużytych do muralu) – może nie dosłownie, ale powiedz coś o twoim warsztacie.

MW: To może na początek o Petersburgu – ja w ogóle nie miałem być w Muzeum Street Artu. Ja zostałem zaproszony przez festiwal Art Prospect Festival. Tematem całej wystawy był dialog. Rozmawialiśmy chyba z pół roku, wymienialiśmy korespondencję, ja zacząłem dwa czy trzy miesiące przed podsyłać projekty i okazało się, że żaden z nich się nie spodobał – nie na poziomie festiwalu tylko zewnętrznych osób – zarządców budynków, urzędników. Tak naprawdę miałem już wizę, bilet i szukaliśmy rozwiązania alternatywnego – ja znałem już trochę ludzi z Muzeum i zaproponowałem, żebyśmy zrobili coś z nimi. Finalnie zdecydowaliśmy, że robimy małą realizację w Muzeum plus dwugodzinną pogawędkę ze mną.

MG: W muzeum powstały chyba dwa murale?

MW: Tak, ten drugi to już był zrobiony na szybko – u mnie włączyło się oczywiście ADHD przy malowaniu, że jak już są ściany i farby to czemu nie. Są dwa murale i one fajnie działają w tym miejscu – to jest fabryka, cały industrial który jest w moich pracach ładnie się z tym zgrywa, ale nie do końca mają kontekst, który czasami lubię wprowadzać w moich pracach. Wcześniej, jak miałem propozycje konkretnych ścian, dowiadywałem się co jest wkoło, co jest w budynku na którym maluję, wyszukiwałem jakieś lokalne historie – coś, do czego można nawiązać, chociaż minimalnie, żeby to było “o czymś”. W Muzeum te dwie rzeczy są tak naprawdę przypadkowe. Jasne, że w tej niebieskiej pracy możesz się czegoś doszukiwać – to jest taka forma lotniskowca, są tam też czołgi – można tam znaleźć odniesienia do wojny, destrukcji, to jest jakiś temat, ale on nie jest w tym miejscu, w którym powinien być.

MG: Gdzie ta praca miała być pierwotnie zrobiona?

MW: To miało być zupełnie gdzie indziej, to była taka praca, która siedziała w moim szkicowniku dość długo i tak powstało. Miałem tam jeszcze kilka innych rzeczy, ale ta najbardziej mi pasowała przez to, że ściana była na budynku ceglanym, z kominem – widać, że jest to w środku przestrzeni fabrycznej. To była sytuacja, która powstała dwa tygodnie, przed moim przyjazdem do miasta.

MG: Dopytam jeszcze o ten warsztat – co jest najfajniejsze w tej pracy? Co jest męczące, co nie jest fajne?

MW: Fajne jest to, że na przykład ze sobą rozmawiamy – czyli, że poznajesz ludzi z całego świata, masz możliwość podróżowania, to chyba najważniejsza rzecz. Podróżowanie daje ci malowanie, malowanie daje ci podróżowanie. To podróżowanie staje się z czasem ważniejsze, bo malowanie jest przewidywalne dość mocno – wiesz gdzie jedziesz, co robisz. Ja zawsze staram się znaleźć jakieś miejsca gdzie chcę połazić, pozwiedzać. Plus jest też taki, że jeżdżąc po świecie poznajesz ludzi, którzy tam mieszkają, nie poznajesz pana na recepcji w hotelu tylko kogoś, kto naprawdę jest cię w stanie oprowadzić, pokazać lokalną knajpę, zakamarki, jakieś rzeczy, które mnie interesują – industrial, stare fabryki. Próbuję się przejść po tych miejscach, które już nie istnieją do końca, nie pracują, zajrzeć w jakieś podwórko, które się sypie – to jest taki inny rodzaj turystyki. Oczywiście będąc w Petersburgu zaliczyłem Ermitaż i Muzeum Rosyjskie – ale to było na zasadzie takiej, że jesteś w Petersburgu i musisz to zrobić – tyle razy to było wałkowane na zajęciach, w książkach. Ciężko nie wejść.

m-city_599_kiew_ukraine_2011

MG: A co nie jest fajne w tej pracy?

MW: Na pewno to, że masz jakieś życie rodzinne i częste wyjazdy w tym kontekście to minus. Ja moją dziewczynę zabieram ze sobą dość rzadko, a jak ona jedzie ze mną to ja też jestem skupiony na malowaniu i za bardzo nie mamy czasu, że sobie razem pochodzić. A nawet jak mamy ten czas to ja po kilku godzinach malowania jestem zmęczony. To jest na pewno minus tego trybu życia. Zwłaszcza, że ja mieszkam w Gdańsku a pracuję na Akademii Sztuki w Szczecinie – czyli tak naprawdę te 2-3 dni w tygodniu mnie nie ma w domu, jestem w Szczecinie. Oczywiście, mam  wakacje i tak dalej, ale wakacje zazwyczaj spędzam gdzieś jeżdżąc. Nie mogę powiedzieć, że w domu jestem gościem, bo jednak więcej jestem niż mnie nie ma, ale już jest blisko.

MG: Pogadajmy jeszcze o twojej pracy na uczelni.

MW: Pracuję na Akademii Sztuk Pięknych w Szczecinie – prowadzę tam pracownię Street Artu. To jest autorska pracownia. Street Art jest oczywiście trochę w cudzysłowiu – działa trochę jak wabik dla studentów. Generalnie jest to sztuka w przestrzeni publicznej w różnych formach – wideo, dźwięk, graffiti, street art. Środki są różne, ważne jest to, że studenci dostają różne tematy i muszą je rozwiązywać jak swego rodzaju zagadki. Na razie minął tam rok, zaczynam teraz drugi rok. Wcześniej pracowałem na ASP w Gdańsku na wydziale malarstwa i byłem asystentem, teraz jestem już autonomicznym pracownikiem.

MG: To jest jedyna tego typu pracownia w Polsce?

MW: Jeśli chodzi o to, że nazwie występuje street art i gdzieś to jest bazą to tak – to jedyna pracownia. Zazwyczaj to są pracownie, które się opierają o sztukę w przestrzeni publicznej, albo są to pracownie malarstwa ściennego, pracownie muralu – takie są na świecie. Może gdzieś w świecie jest – w Polsce nie ma na pewno. Pamiętam też, że środowisko mówiło – jak to street art na akademii? – trochę jak z muzeum na początku, że to się trochę gryzie. Wszyscy mieli w głowie, że ta pracownia pójdzie trybem muralowym – że będziemy zasuwać te murale jak wszyscy. Tymczasem tu zupełnie sytuacja jest odwrotna, ja nawet zniechęcam do malowania murali, raczej popycham w stronę małych interwencji. W zeszłym roku z jednym studentem przećwiczyliśmy całą procedurę powstawania muralu, oni zobaczyli, że żeby przepchnąć swój autorski projekt trzeba poświęcić pół roku – pozwolenia, umowy, zebranie wspólnoty mieszkaniowej, akceptacja projektu, w lewo, w prawo, większy, mniejszy. To się udało zrobić, ale po pół roku ten student był myślami gdzie indziej. Finalnie ta praca wyszła i jest w miarę dobra, ale zdaje się, że on nie jest do tego do końca przekonany. Wyzwaniem było też zmierzenie się ze skalą, zgromadzenie środków finansowych na to – w ramach szkoły tego się nie da, potrzeba sponsora, tańszy podnośnik – jest to bardziej skomplikowane, a efekt nie jest do końca satysfakcjonujący żadną ze stron. Te małe dzieła, które oni realizują dają im więcej frajdy – to się dzieje szybciej, idziesz gdzieś, wymyślasz, robisz, jest akcja! Ja też ich często zabieram – albo oni mnie zabierają na różne pustostany, gdzie możesz robić co chcesz. Możesz sobie chlapnąć, możesz coś napisać. Nikt nie powie ci, że to jest źle, albo, że nie możesz. To jest taki poligon, który bardzo otwiera głowy. W tej pracowni chodzi też o to, żeby ludzi wypchnąć ze szkoły, żeby nie siedzieli w tych szkolnych „ławach”, tylko, żeby wszystkie działania odbywały się na zewnątrz. Pracownia to jest miejsce gdzie możesz coś skonstruować, zbudować, malować, ale i tak musisz z tym wyjść na zewnątrz, do ludzi. Albo musisz pójść na pustostan, albo musisz z kimś porozmawiać czy możesz coś zrobić w jakiejś przestrzeni. Na pewno przy okazji studenci też poznają miasto, jak dostają zadanie, to szukają jakiegoś miejsca – nawet ludzie, którzy mieszkają całe życie w Szczecinie, nie wiedzą różnych rzeczy, jak dostają zadanie, to odkrywają miasto na nowo.

krakow

MG: Brzmi jak ciekawe studia.

MW: Na pewno, to są studiowanie na Akademii Sztuki opóźnia przejście w dorosłość. Oprócz kilku ścisłych przedmiotów, sztuka jest mocno niewymierna. To czy coś jest ładne, brzydkie, ciekawe, nieciekawe, mające znaczenie czy nie mające – to jest dość płynna rzeczą. Można bardzo mocno zaangażować i zostać z tym na całe życie, ale z drugiej strony takie studia można przejść gładko jako pewien epizod, przygodę.To nie jest matematyka, fizyka, chemia – gdzie zasady są określone – raczej siedzisz w pracowni, coś tam dłubiesz, zastanawiasz się. Czas też jest inny – oprócz tych ścisłych zajęć, to nie jest od – do. O sztuce i o tym co się robi w jej obszarze myśli się na okrągło.

MG: A jak wygląda zaliczenie?

MW: Ja przyjąłem zasadę trochę matematyczną. Masz trzy zadania na semestr, czyli trzy punkty. Kolejne dwa to jest jakość wykonanej pracy i zaangażowanie. Jak masz pięć plusów to masz piątkę. Jak któregoś nie spełniasz to od razu jest czwórka i niżej. Także piątek jest mało.

MG: Ale zdarzają się?

MW: Rzadziej, ale się zdarzają.

MG: Życzymy w takim razie powodzenia studentom a tobie kolejnych wspaniałych projektów. Dzięki za świetną rozmowę!

Rozmawiał Michał Grelewski, 03.11.2016

Autor zdjęcia Mariusza Warasa Nika Kramer