Komunałki

Tłumaczenie: Anna Svetlova

Codzienność z ludzką twarzą

Wymyślone na początku zeszłego wieku jako ważna część wyznaczania nowych standardów życia, mieszkania komunalne, kojarzone przez walczących o szczęście ludu z domami-komunami, dzisiaj stały się już rudymentem socjalistycznej przeszłości, nieposiadającym żadnej wartości ideologicznej. Dawno upadł ustrój polityczny, który je ukształtował, a „komunałki” nadal są wszechobecne w całym kraju. Z jednej strony zachowują pewną aurę romantyczności, a czasem nawet atrakcyjności historycznej, z drugiej zaś – istnienie „komunalnego raju” w nowym, demokratycznym państwie wolnych ludzi na najbardziej „skrajnych” z nich nakłada obowiązek kształtowania sposobu życia codziennego z ludzką twarzą. A do tego, jak wiadomo, nie każdy ma talent.

Ten komunalny kraj

Poeta Iosif Brodski, opowiadając w eseju „W półtora pokoju” o tym, jak polityka „uszczelnienia” burżuazji po 1917 roku dotknęła jego rodzinę, napisze: „Naszą amfiladę podzielono na kawałki, po jednym pokoju na rodzinę. Minimalna norma powierzchni mieszkalnej – 9 metrów kwadratowych na osobę. Pomiędzy pokojami zbudowano ściany, pierwotnie z forniru. Z upływem lat deski, bruk i tynk wzniosły owe przegródki do rangi normy architektonicznej”. W latach dwudziestych najwięcej komunałek „stworzono” właśnie
w Leningradzie, gdzie przed rewolucją było sporo mieszkań o wielkiej powierzchni. Do burżuazyjnych lokatorów dokwaterowywano aktywnych zwolenników władzy radzieckiej: komunistów, wojskowych, pracowników CzK – ludzi kompetentnych ideologicznie, lecz zupełnie obcych dla „lokalnych” mieszkańców.

Kolektywny tryb życia propagowano na różne sposoby, na przykład czasopismo „Ogoniok”
w jednym z numerów opublikowało artykuł „Kolektywizm na Zachodzie”, zawierający następujące przesłanie: „Podczas gdy my dążymy do przebudowy naszego życia po nowemu, tworząc społeczne pralnie i kuchnie, w Europie robią właśnie odwrotnie. W akademiku dla kawalerów w Monachium zamiast wspólnej kuchni zrobiono osobne kuchenki, na której każdy mieszkaniec sam sobie gotuje obiad”.

Chociaż w połowie lat pięćdziesiątych rząd ZSRR zaczął prowadzić inną politykę mieszkaniową, skierowaną na masowe budownictwo osobnych mieszkań, komunałki nie poddały się od razu. Zresztą nie poddają się do tej pory, na przykład w Archangielsku „komunalne” kamienice mieszczą się przy ulicach Sadowej i Popowa, na Gagarina i Sewernoj Dwiny. A w Petersburgu co trzeci mieszkaniec „centrum” kulturalnej stolicy wywodzi się ze świata komunalnego.

Warto raz pomieszkać

Temu, kto nigdy nie mieszkał w komunałce, trudno jest sobie wyobrazić, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. A ci, którzy nie spędzili w „mieszkaniu-komunie” pierwszych lat swojego życia, nie mogą się pochwalić wspomnieniami o tym, jak można było jechać na trójkołowym rowerze przez długi, prawie nieskończony korytarz do drzwi wejściowych, aby spotkać tatę po pracy, jednocześnie zaplątując się w upranych prześcieradłach, wiszących na sznurkach.
W przypadku komunałek podejście „lepiej raz zobaczyć” zupełnie się nie sprawdza: żeby zrozumieć wszystkie szczegóły, trzeba w nich pomieszkać.

Przemieszkałem w komunałce w Archangielsku około dwóch lat” – opowiada aktor, Nazar Oniszczuk. – „Nie ukrywam, że mieszkam w taki sam sposób do tej pory, co prawda, już w Petersburgu. Archangielska komunałka była większa niż nasz obecny dom: tam było 5 pokoi i 10 sąsiadów. I jeżeli ktoś zamiatał podłogę na korytarzu, zawsze robił to głośno, z wyrazami niezadowolenia, niby «tylko ja tu u was dbam o porządek».”

Komunałka skłania do swego rodzaju otwartości: przy wszystkich myjesz zęby, wszyscy wiedzą, co gotujesz, ile i jak często. I siadacie na tym samym nocniku. Lecz człowiek, który potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego, i do tego się przyzwyczaja. To jak portale społecznościowe: kiedy one się pojawiły, nie potrafiłam zrozumieć, jak można dodać tam swoje zdjęcie, żeby każdy mógł je obejrzeć. A teraz już rozumiem.

Wydaje mi się, że główną zasadą mieszkania ze sobą tak różnych ludzi w komunałce, i w ogóle w społeczeństwie, jest dbałość o to, by nie być dla innych niewygodnym. W Pitrze z tym jest jakoś prościej: w naszym mieszkaniu, gdzie spokojnie można przyjść do kuchni na bosaka albo zacząć 15-minutową rozmowę z sąsiadką o losach Rosji, każdy z lokatorów stara się, jak może, żeby wszyscy się ze sobą dobrze czuli.

Od komunałki, w której mieszka mój wujek, zaczął się mój Piter” – tłumaczy kolejny doświadczony „komunalec”, Dmitry Żaworonkow. – „Jest to zwykły dom w stylu modern z początku XX wieku, na rogu Ligowskiego prospektu i Obwodnego kanału. Kiedyś zostałem w mieszkaniu sam. W nocy myślałem o Blokadzie i o tym, ilu ludzi umarło właśnie tu oraz ile przeżył ten dom i to miasto. W następnej komunałce mieszkałem w gabinecie akademika, którego córka była moją sąsiadką. To znaczy, w tym, co z owego gabinetu zostało: dwie „stalinowskie” szafy, przedrewolucyjne łóżko i półki na całą ścianę. Niektóre już bez książek – jedne sprzedano, drugie przepito. Jak gdyby jakąś całość podzielono na nierówne kawałki. Nie jest to przyjemne.

Komunalne mieszkanie nie respektuje żadnych norm estetycznych: takie życie jest raczej antyestetyczne. Ale wszystko zależy od ludzi. Gdy mieszkasz w komunałce, ważne jest, abyś mógł czuć się jak w domu. Znam rodzinę, która, mając możliwość wyprowadzić się z Wyspy Wasilewskiej, nie zostawiła swojej starej komunałki. Nawet zhańbione, te mieszkania są w stanie wywoływać zachwyt: które dziecko nie marzyło, że tu może być sypialnia, a tu – gabinet, która dziewczynka nie podziwiała zabytkowych wzorów na ścianach, który chłop nie dziwił się konstrukcji zasuwnicy na oknie? Koniec końców, czy nie jest wszystko jedno, gdzie mieszkać?” (uśmiecha się).

Foto: 25warez.ru