Halina Zgółkowa: „Życie można przeżyć na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko”

ЗгулковаHalina Zgółkowa (właściwie: Halina Maria Bułczyńska-Zgółka) jest profesorem zwyczajnym w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Od 1999 roku kieruje stworzonym przez siebie Zakładem Retoryki, Pragmalingwistyki i Dziennikarstwa. Prywatnie jest żoną profesora Tadeusza Zgółki, matką dwojga muzyków oraz babcią czworga wnucząt. Jest osobą niezwykle ciepłą i stanowi wzór do naśladowania dla wielu studentów – i nie tylko. Jej wielkim zawodowym osiągnięciem jest zredagowanie pięćdziesięciotomowego Praktycznego słownika współczesnej polszczyzny. W testamencie zapisała, że chciałaby, aby na jej pogrzebie zabrzmiał Marsz Va pensiero z opery Nabucco. Jej życiowym mottem są słowa fizyka Alberta Einsteina: Życie można przeżyć na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko. Jak sama przyznaje, dla niej wszystko jest cudem.

Kasia ‒ Pani Profesor nie ukrywamy, że książka była dla nas ogromnym zaskoczeniem. Stąd pytanie o pomysł na zebranie naszych prac i wydanie ich w formie książki

H. Zgółkowa ‒ Dla mnie to też było zaskoczenie, że nagle zebrał się tak dobry zespół na ćwiczeniach fakultatywnych, nieobowiązkowych. W dodatku potrafiłyście pisać nieprzymuszone z tygodnia na tydzień. Pisałyście tak jak ja oczekiwałam tego. Byłyście bardzo zdyscyplinowane i w pewnym momencie pomyślałam sobie, że może warto w formie nagrody zaproponować wydanie tych prac. Pierwotny zamysł ograniczał się do zebrania tekstów i wydania ich we własnym gronie w formie arkuszy bindowanych. Ten pomysł jednak dojrzewał i stało się. Zaczęło się od rozmowy z Dyrektorem , czy znajdą się fundusze, ponieważ w przeciwnym razie sama opłaciłabym wydanie. Znalazły się… Znalazł się także bardzo dobry wydawca. Byłam wręcz zaskoczona, że to się wszystko tak potoczyło. Wy również bardzo szybko podchwyciłyście temat. Znalazły się wreszcie osoby wyjątkowo zdyscyplinowane, np. Roksana, która wszystkich nas dopingowała i pilnowała, aby wszystko w odpowiednim terminie było zrealizowane. Później znalazła się fotoreporterka ‒ Agnieszka, ilustrator ‒ Magdalena, która podjęła się wykonania ilustracji. To wszystko zostało zrealizowane wspólnymi siłami. Co ciekawe u mnie w domu mówiło się tylko o książce. I ta piękna okładka. Chwilami sama jeszcze nie do końca potrafię uwierzyć w to, co zrobiłyśmy. nie mówiąc o Instytucie, czy innych osobach, które w różny sposób podchodzą do tej książki. Najczęściej jest to nieukrywana zazdrość, jednak taka życzliwa, której towarzyszą gratulacje. Jest to tym bardziej wyjątkowe, ponieważ jesteście na pierwszym roku, w dodatku książka powstała w pierwszym semestrze. Tego chyba jeszcze nikt nie dokonał. A nam się udało. Jestem Wam za to bardzo wdzięczna. Zadziałała tutaj chyba tzw. „chemia”, między współtworzącymi tę książkę. Dla mnie osobiście, jest to bardo ważne wydarzenie w biografii dydaktyczno ‒ naukowej.

Kasia ‒ Była mowa o zajęciach fakultatywnych. Pani Profesor pamięta pierwsze spotkanie z nami? Pozostało jakieś wrażenie?

bH. Zgółkowa ‒ Pamiętam doskonale. Było bardzo dużo osób w sali. Od razu wiedziałam, że nie wszyscy wytrwają. Było to widać po minach, gdy poprosiłam was o wyjęcie kartek i napisanie swoich imion. Ustawiliście je na ławkach, bym mogła zwracać się do was po imieniu. Drugie zaskoczenie było, gdy ponownie poprosiłam o wyjęcie kartek i napisanie tekstu o grozie. Zrobiłam to z pewną premedytacją, by dowiedzieć się jak piszecie. Taki tekst jest wymagający, groza musi być widoczna i słyszalna. Poza tym było też ograniczenie czasowe, co wzmagało drżenie waszych rąk. Po trzecie poprosiłam o autoprezentację ustną, by każdy powiedział coś o sobie. Obserwowałam bardzo pilnie jak stoicie, mówicie, gestykulujecie. To wszystko jest bardzo ważne w kontaktach międzyludzkich. Widziałam przerażenie w niektórych oczach i miałam przeczucie, że wielu już nie przyjdzie na kolejne zajęcia. Nie pomyliłam się. Pierwsze spotkanie pamiętam bardzo dobrze.

Agnieszka ‒ Czy jakieś zajęcia szczególnie zapadły w pamięci Pani Profesor?

H. Zgółkowa ‒ Każde zajęcia są dla mnie ogromnym wyzwaniem. Staram się by były one spontaniczne, a jednocześnie metodyczne. Przypominam sobie jak poprosiłam was o nagranie wypowiedzi dzieci w wieku przedszkolnym. Te nagrania miały wam uświadomić jak niekiedy kontakt z dzieckiem jest trudny. Trzeba zniżyć się do poziomu językowego takiego malca, żeby z nim nawiązać kontakt, żeby ono chciało z nami rozmawiać. To było celowe, ponieważ ja już miałam dla was kolejne zadania. Na podstawie tego nagrania stworzyłyście teksty o współczesnym dziecku. Później tworzyłyście nie o nich, a dla nich. I wasze prace różniły się. Bajki dla dzieci nie nawiązywały do tego jakie współczesne dziecko jest. Obudził się w was element wychowawczy, by pokazać te bajki, które wy znacie ze swojego dzieciństwa.

Kasia ‒ Dzieciństwo już za nami, za nami również pierwszy semestr studiowania. Pół roku temu przekroczyłyśmy próg poznańskiej polonistyki. Jednak, gdy za kilka lat ktokolwiek zapyta nas jak wspominamy czas spędzony na tej uczelni, z pewnością wspomnimy o książce i czasie spędzonym z Panią Profesor. I tutaj nasze pytanie jak Pani Profesor wspomina swój pierwszy rok akademicki?

jH. Zgółkowa – Naukę rozpoczęłam w 1966 roku. Było to w gmachu Collegium Philosophicum przy ulicy Matejki. Przede wszystkim studiowałam w innych warunkach niż wy. Nie było takich luksusów jak w Collegium Maius. Ławki były zniszczone, jeszcze sprzed czasów wojny, a korytarze były bardzo ciasne. Jednak wnętrze pozostawało bardzo przytulne. My również byliśmy przerażeni, ponieważ nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Mimo to bardzo ciepło wspominam początki na studiach. Byliśmy niezwykle zżyci, bo rok był podzielony na osiem grup dziekańskich, które były stałe. Dzięki temu łatwiej było nam zorganizować wyjazdy czy spotkania. Zajęcia też były inne niż dziś. Dobrze pamiętam profesora Tadeusza Witczaka, który prowadził nauki pomocnicze. To właśnie od niego przejęłam sposób wpisywania się na listę obecności pod konkretnym numerem przez cały czas trwania zajęć.

Kasia – Słuchając opowieści Pani Profesor, mamy wrażenie, że z żadnym przedmiotem nie miała Pani problemu, a polonistyka od początku była ogromną pasją i miłością

H. Zgółkowa – Rozpoczynając naukę, wszystko było dla mnie nowe. Musiałam wiele czytać, żeby przyswoić dany temat. Niektóre fragmenty podręczników znałam na pamięć. Z przedmiotami językowymi jest jak z matematyką – jeśli nie przeczytam, to nie zrozumiem. Dlatego uczyłam się samodzielnie. Oczywiście przeżywałam studenckie lęki jak każdy. Pamiętam, jak baliśmy się egzaminów.

Agnieszka – Mówiła Pani Profesor o tym, że niektóre doświadczenia i inspiracje zaczerpnęła od swoich wykładowców. Czy w związku z tym ma Pani jakiegoś ulubionego wykładowcę z czasów swojej edukacji? Czy ktoś stanowi szczególny autorytet naukowy?

H. Zgółkowa – Bardzo trudno byłoby mi wskazać jedną osobę, która była dla mnie autorytetem. Od zawsze starałam się szukać w ludziach same dobre cechy i to z ich osobowości czerpać to, co najlepsze. Myślę, że wiele wyniosłam z Liceum Pedagogicznego. Miałam tam wspaniałych nauczycieli, którzy byli dla mnie wzorem, co wykorzystywałam w późniejszej pracy dydaktycznej i naukowej. Niewątpliwym autorytetem dla mnie jest profesor Zenon Klemensiewicz, którego portret wisi w moim gabinecie. Nie mogę nie wspomnieć o profesorze Władysławie Kuraszkiewiczu, który był promotorem mojej pracy magisterskiej. Byłam jego ostatnią magistrantką. Promotorką mojego doktoratu była profesor Monika Gruchmanowa. Teraz było niejako na odwrót – byłam jej pierwszą doktorantką. Tę listę można by było znacznie wydłużyć. Natomiast od początku moich studiów wzorem dla mnie był mój mąż – profesor Tadeusz Zgółka. I tak też zostało do dziś.
Opracowały: Agnieszka Grzybowska i Katarzyna Hajzer