Grzegorz Małecki: „Dziady dziadami, ale warto było przyjechać do Petersburga, żeby usłyszeć Walerija Fokina”

Petersburska premiera spektaklu „Dziady” w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa, wystawionego w Teatrze Narodowym (Warszawa)* w 2016 roku, odbyła się 16 listopada na scenie TIUZu im. A. A. Briancewa. Przedstawienie prezentowane we współpracy z Teatrem Aleksandryjskim było częścią programu VI Międzynarodowego Forum Kulturalnego. Porozmawiać z Grzegorzem Małeckim, który zagrał głównego bohatera dramatu, Gustawa-Konrada, udało się nawet dwa razy – po próbie generalnej, kiedy jeszcze nie wiedział, jak spektakl zostanie przyjęty, i następnego dnia, już po owacjach na stojąco. Trudno mi nawet nazwać nasze spotkanie wywiadem, bo był to przede wszystkim dialog, szczery i fascynujący, o sztuce, przezwyciężeniu granic, sensie życia i Bogu.

Rozmawiała Olga Oniszczuk.

OO: Czy po raz pierwszy pracował Pan z Eimuntasem Nekrošiusem? Czy ta współpraca była trudna dla zespołu Teatru Narodowego?
GM: Po raz pierwszy pracowałem z Nekrošiusem i było to bardzo trudne. Ale to była też fantastyczna przygoda. Bo to jest reżyser – mogę powiedzieć to z perspektywy mojego dwudziestoletniego doświadczenia scenicznego – absolutnie nieporównywalny z nikim. Operuje tak wyjątkowym i indywidualnym językiem teatralnym, że do tej pory nie spotkałem nikogo o takiej wyobraźni. Często musieliśmy po prostu go gonić, domyślać się, co ma na myśli, co on właściwie do nas mówi. I tu nie chodzi o to, że zwracał się do nas po litewsku przez tłumacza, tylko o pewne abstrakcyjne myślenie, które on posiada. My jednak w polskim teatrze bardziej jesteśmy przyzwyczajeni do teatru realistycznego. Natomiast Nekrošius proponuje teatr z jednej strony bardzo formalny, a z drugiej strony oparty na sile wyobraźni. Operuje symbolami, alegoriami, jest w pewnym sensie malarzem. Więc było to bardzo trudne, ale fascynujące. Powiem szczerze, że jest to taki reżyser, za którym ja tęsknię. Naprawdę cieszyłem się, że teraz spotkamy się w Petersburgu. Wiem, że ma coś robić u nas w Teatrze Narodowym w najbliższym czasie i marzę o tym, żeby się ponownie z nim spotkać.

OO: A co, Pana zdaniem, jest dla niego najważniejsze w aktorach i ich pracy?
GM: Nekrošius tak naprawdę wymaga od aktora jednego – uruchomienia wyobraźni, przy czym za jego wyobraźnią, jak już mówiłem, czasami trudno nadążyć – on myśli bardzo abstrakcyjnie. Dość powiedzieć, że kiedy go zapytałem, jak mam mówić tę Wielką Improwizację, myślałem, że obdarzy mnie workiem wskazówek i porad, a on wziął kartkę formatu A4, narysował na niej buta z bardzo, bardzo długą sznurówką, dał mi ją i powiedział: „No właśnie tak”. Ja mówię: „Ale to jest naprawdę jedyna uwaga, którą mi Pan chce dać à propos Wielkiej Improwizacji?” On mówi: „Tak. Oczywiście nie zrozum tego dosłownie. Jeszcze będziemy nad tym butem i tym długim sznurowadłem pracować”. Opowiadam to jako anegdotę, która pokazuje, że jego skojarzenia są często bardzo dalekie od tego, co my sami myślimy na temat sztuki i teatru. Pewnie dlatego jest też tak fascynującym człowiekiem. Bo muszę powiedzieć, że nie spotkałem jeszcze człowieka, którego aktorzy by obdarzyli tak wielkim zaufaniem i miłością. Jest to człowiek o ogromnym uroku osobistym, ale przy tym bardzo skromny. My naprawdę za nim tęsknimy.

Eimuntasa Nekrošius podczas próby „Dziadów”, TIUZ. Foto Denis Szczegłow

OO: Nie ma wątpliwości, że w „Dziadach” Mickiewicza obecna jest problematyka narodowa. Czy dla Nekrošiusa też była ona ważna?
GM: No właśnie nie. „Dziady”, które zaproponował Nekrošius, w zasadzie są odarte trochę z polskiego mitu wyzwoleńczego. On skupił się na święcie Dziadów, na zmarłych, na duchach, i to jest główna oś naszego spektaklu. Jest to też dramat artysty albo po prostu współczesnego inteligenta, który chciałby zrozumieć absolut, próbuje rozmawiać z Bogiem, a tak naprawdę nie ma żadnej odpowiedzi z tamtej strony. Także tutaj wątku, który jest – powiedzmy sobie wprost – antyrosyjski, a nawet bardziej antycarski, prawie nie ma. Publiczność rosyjska może spokojnie do nas przychodzić i jestem przekonany, że wyjdzie zupełnie niedotknięta ani urażona żadnymi narodowymi akcentami.

Kontynuujemy naszą rozmowę następnego dnia po przedstawieniu. Zaczynamy od propozycji Grzegorza, żeby zostawić w spokoju Pana i Pani, którymi posługiwaliśmy się przy pierwszym spotkaniu. A potem główny bohater uprzedza moje pytanie o reakcji publiczności w Warszawie i Petersburgu.

GM: W ogóle wydaje mi się, że wczoraj mieliśmy znacznie lepsze przyjęcie, niż mamy w Warszawie. W Warszawie głównie przychodzi na nasz spektakl widownia licealna, gimnazjalna, która musi w ramach programu obejrzeć lub przeczytać lekturę. Natomiast tutaj mieliśmy do czynienia z prawdziwą teatralną inteligencką widownią. I to się po prostu czuło. Od pierwszej minuty spektaklu właściwie do czwartej godziny. Wydaję mi się, że wytworzyła się jakaś szczególna energia pomiędzy widownią a sceną.

Scena zbiorowa, centralnie: Paweł Paprocki (Zły Pan). Fot. Krzysztof Bieliński

OO: A czy ta sytuacja, w której gracie przed publicznością w języku dla niej obcym, wiedząc, że większość widzów posługuje się napisami, jest trudna dla zespołu?
GM: Tutaj doszło w ogóle do, powiedziałbym, kuriozalnej sytuacji, bo wczorajsze „Dziady” to polski narodowy arcydramat, wyreżyserowany przez Litwina i zagrany dla Rosjan. Wiedzieliśmy też, że napisy się spóźniają. To wszystko razem sprawiło, że stawaliśmy na rzęsach, żeby zachować pewną dyscyplinę spektaklu. Byliśmy skupieni chyba dziesięć razy bardziej, niż jesteśmy w Warszawie. Wydaje mi się, że w tym też była siła wczorajszego spektaklu. Trzeba było wykrzesać z siebie dużo skupienia, energii, żeby tę publiczność do naszego świata zaprosić.

OO: No i udało się
GM: Wydarzenie było fantastyczne. Myśmy schodzili ze sceny uskrzydleni owacjami. Dla nas to wspaniała przygoda. Zresztą muszę powiedzieć, że Eimuntas Nekrošius, który jest dość oszczędny w pochwałach dla aktorów, wczoraj miał dla nas dużo ciepłych słów, powiedział, że już za nami tęskni i że był to jeden z najlepszych przebiegów spektakli „Dziadów” w naszym wykonaniu.

OO: Na widowni był nawet śmiech…
GM: Był! I to było spełnienie marzeń Nekrošiusa. Mówił do nas zawsze, że nie robimy dramatu antyrosyjskiego, nie robimy dramatu dla liceów i gimnazjów. Robimy dramat dla inteligencji, więc on bardzo chciał, żeby od czasu do czasu widownia się śmiała.

Grzegorz Małecki (Gustaw-Konrad). Fot. Krzysztof Bieliński

OO: Czy bohater, którego wczoraj nam przedstawiłeś, jest Ci bliski?
GM: Najlepiej czuje się w Wielkiej Improwizacji, bo w niej reżyser w zasadzie dał mi dość dużo wolności, za co niezwykle jestem mu wdzięczny. Zgodziliśmy się natomiast co do jednego, że to powinien być dramat współczesnego inteligenta, człowieka bardzo wrażliwego, delikatnego. Staraliśmy się tutaj zrobić wszystko, żeby odejść od patosu, który zazwyczaj Wielkiej Improwizacji towarzyszy. To miała być rozmowa Gustawa-Konrada z Bogiem, której właściwie w naszej chrześcijańskiej tradycji nie ma – trochę jak z przyjacielem, który go opuścił. Przy czym też nie staraliśmy się odpowiedzieć na pytanie, czy Bóg, do którego się zwraca, tam rzeczywiście jest czy go nie ma. Więc nasz bohater jest w sytuacji trochę beznadziejnej, w gruncie rzeczy jak my wszyscy: dobrze wiemy, że Bóg przecież się nie odezwie, jak zaczniemy do niego gadać. Możemy tylko odczuwać jego obecność. I to jest nasz dramat. Bo przez całe życie próbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, po co tu jesteśmy. A z drugiej strony cisza. Jest to trochę smutne. Ale też gdzieś nas napędza. W tym sensie mój bohater jest mi bardzo bliski, bo to są też moje dramaty życiowe.

Przez całe życie próbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, po co tu jesteśmy. A z drugiej strony cisza. Jest to trochę smutne. Ale też gdzieś nas napędza. W tym sensie mój bohater jest mi bardzo bliski, bo to są też moje dramaty życiowe.

OO: Chyba każdego człowieka.
GM: No właśnie. Jedyna rzecz była wczoraj krępująca w pewnym momencie, bo ja w Wielkiej Improwizacji zwracam się bezpośrednio do widowni i często łapię kontakt wzrokowy z widzami. A ponieważ wczoraj połowa widowni miała zadarte głowy i czytała napisy, zamiast patrzeć im w oczy, patrzyłem na grdyki. Było to zabawne (śmieje się).

OO: A czy po raz pierwszy grałeś w Petersburgu?
GM: Nie, trzeci raz jestem tutaj z teatrem Narodowym. Graliśmy już w Petersburgu „Operetkę” Gombrowicza i „Tango” Mrożka i za każdym razem w Teatrze Aleksandryjskim. Tym razem, ponieważ scenografia tam się nie zmieściła, Walerij Fokin podjął decyzję przenieść nas do TIUZu. Po spektaklu przyszedł do nas jak tylko padła kurtyna i chciałbym szczególnie zwrócić na to uwagę. Myśle sobie: dziady dziadami, ale warto było przyjechać do Petersburga, żeby usłyszeć Fokina, który zebrał na scenie cały zespół Teatru Narodowego i miał wspaniałe, mocne, szczere i niezwykle wzruszające przemówienie. Powiedział, że zdaje sobie sprawę z tego, że stosunki między Polską a Rosją na scenie międzynarodowej są obecnie dosyć napięte, ale my artyści o tym nie myślimy, o tym zapominamy, bo nas łączy sztuka, nas łączy teatr. „Marzę o tym, żebyście tutaj przyjeżdżali jak najczęściej, ja chcę przyjeżdżać do was, bo was kocham. To, jakim jestem reżyserem i w jakim miejscu jestem w życiu, zawdzięczam właśnie Polsce i Polakom. I mówię wam to prosto z rosyjskiego serca do waszych polskich serc” – tak do nas mówił. Cieszę się, że te słowa padły, bo wszyscy mamy świadomość tego, że sprawy polityczne toczą się gdzieś ponad naszymi głowami. Jesteśmy dwoma wspaniałymi mądrymi narodami, które mają kawał wspólnej, czasem oczywiście trudnej historii. Ale się lubimy. I najlepszym tego dowodem jest dziesięciominutowy standing ovation, który zgotowała nam rosyjska widownia, oglądając arcypolski dramat z wątkami antycarskimi, i nikt tego nie odebrał w kategoriach nacjonalistycznych. Po prostu przyszli na sztukę. Najlepsze jest to, że nad Rosjanami na widowni a Polakami na scenie jeszcze na górze stał Litwin. Było więc wczoraj bardzo kosmopolitycznie.

Jesteśmy dwoma wspaniałymi mądrymi narodami, które mają kawał wspólnej, czasem oczywiście trudnej historii. Ale się lubimy. I najlepszym tego dowodem jest dziesięciominutowy standing ovation, który zgotowała nam rosyjska widownia.

OO: A czy uważasz, że Petersburg w ogóle jest miastem kosmopolitycznym?
GM: Ja uwielbiam to miasto, czuję się tutaj wspaniale, zdecydowanie lepiej, niż w Moskwie. Nie tylko dlatego, że Petersburg jest piękny. Podoba mi się też, że nie ma tutaj kompleksów – czuję to na ulicach. Jest absolutnie pod każdym względem europejski. Bardzo chciałbym kiedyś wrócić tu latem.

OO: Serdecznie zapraszamy o każdej porze roku. Kończąc rozmowę chciałabym zaproponować Ci kilka pytań z kwestionariusza Marcela Prousta.

Twoi ulubieni pisarze? W tej chwili jestem na strasznie dziwnym etapie, ponieważ nie jestem w stanie czytać literatury współczesnej, po prostu mnie odrzuca po kilkunastu stronach. W związku z tym wracam do klasyki i teraz – uwaga – właśnie skończyłem po raz drugi w życiu po dwudziestu latach „Annę Kareninę” i obecnie czytam „Dzienniki” Gombrowicza.
Ulubiony pisarz rosyjski? Bunin.
Ulubiony kompozytor? Strawiński.
Jakie błędy najłatwiej wybaczasz? Wybaczam po prostu, jak ktoś powie „przepraszam”.
Jaką cechę najbardziej cenisz w ludziach? Wrażliwość.
Który z talentów chciałbyś posiadać? Od 7. roku życia marzyłem o tym, żeby uprawiać karate lub kung-fu, bo byłem zachłyśnięty filmami z Brucem Lee. Ale chodziłem do szkoły muzycznej i miałem zakaz na uprawianie tego sportu. Do tej pory uważam, że byłbym fenomenalnym karateką… (śmieję się).
Gdzie chciałbyś żyć? Tam, gdzie żyję, jest mi dobrze, natomiast umrzeć chciałbym w cieplejszym klimacie. Emeryturę chciałbym wydawać na Sycylii albo w Grecji.
Twoje motto to…? Chyba nie mam.

OO: Tego ostatniego pytania nie miałam zamiaru zadawać, ale nawiązując do naszej rozmowy o Gustawie-Konradzie jednak zapytam. Gdy okażesz się przed Panem Bogiem, co mu powiesz?
GM: Tak, coś czułem, że jesteś!

*Teatr Narodowy w Warszawie – najstarszy istniejący do dziś teatr w Polsce, założony w 1765 roku przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jest dzisiaj jednym z trzech teatrów o statusie instytucji narodowej, o szczególnym znaczeniu dla polskiej kultury – co oznacza, że podlega bezpośrednio Ministrowi Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dyrektorem naczelnym Teatru jest Krzysztof Torończyk (od 1998 roku), zaś dyrektorem artystycznym Jan Englert (od 2003 roku). W 2015 roku Teatr obchodził swoją 250 rocznicę, w sezonach jubileuszowych odbyło się dziewięć premier na podstawie tekstów polskich autorów, między innymi „Dziady” w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa.