Edward Koczergin – 80

Wybitny scenograf. Laureat wielu nagród państwowych Rosji. Główny scenograf teatru im. Towstonogowa. Profesor. Rzeczywisty członek Akademii Sztuk Pięknych. Autor wielu utworów przetłumaczonych na język polski. Przyjaciel Petersburskiej Polonii.

 

Jubileusz 80.lecia

Pierwsze, co utkwiło w mojej świadomości – to sufit. Może, dlatego, że często chorowałem, a może z innych powodów… Rzecz w tym, że urodziłem się z przestrachu. Mego ojca Stefana aresztowano za cybernetykę, no i mama powiła mnie o dwa miesiące za wcześnie. A może i  dlatego, że bardzo lubiłem leżeć na łóżku, patrzeć na ciężki rzeźbiony gzyms, dekorujący sufit mojego pokoju. Godzinami mogłem patrzeć na owal płatków,  na różnorodność dziwnych liści, w myślach wędrowałem po krętych pustych płaszczyznach, wśród nich, jak w lesie, a podczas niespodziewanej ulewy  za oknem, ukrywać się pod największą z nich. W jasne dni, w promieniach słońca z zadowoleniem płynąłem po tafli sufitu do samego środka, do barokowej rozety, z której zwisał stary żyrandol z trzema aniołkami, każdy z nich trzymał trzy świeczniki z lampami, skąd zjeżdżałem zmęczony, już do siebie, do łóżka.

Drugie wspomnienie jest związane z chrztem w kościele na Newskim. Ono nie jest zbyt konkretne, ale w nim są zaangażowane  inne ośrodki pamięci, może nawet nie pamięci, raczej zmysłów. Oto, nie rozumiem, co się dzieje, ale chłonę. Wujaszek-ksiądz coś wyrabia ze mną, chłopcy w bieli ze świecami i błyszczącymi metalowymi zabawkami, podobnymi do ozdób choinkowych, machają nimi i dymią. Dużo bieli, bardzo dużo bieli – ubrań, kwiatów, świateł. Nieznany dla mnie zapach dymu i bardzo odległy, wydaje mi się, że wszyscy, gdzieś się spieszą i w tym wszystkim jest coś z nienaturalnej trwogi. Zazwyczaj uśmiechnięty, nawet ciągle dziwnie uśmiechnięty do swej matki Broni – tym razem nie robię tego.

Hm, pamiętam jeszcze schody do kościoła. To była moje pierwsze wyzwanie losu. Zmuszono do samodzielnego pokonywania schodów – na różne sposoby i z ogromnym trudem – przy pomocy: rąk, nóg, kolan, raczkowania… Prawdopodobnie w tym czasie byłem bardzo mały.

To było pierwsze w moim życiu „ wyjście w świat”, był to pierwszy w moim życiu teatr, pierwsze w życiu światła, pierwsza muzyka i pierwsza, jeszcze nie zrozumiała miłość…

Gdyby tego nie było w mojej pamięci, los mój potoczyłby się inaczej.

Zbliżał się rok 1939, nareszcie zacząłem mówić. Zacząłem mówić późną jesienią i tylko po polsku. Mama Bronia była Polką, a rosyjski ojciec siedział w Bolszom Domu  za cybernetykę i szpiegostwo. Do tego czasu uśmiechałem się, zwracano się do mnie i uśmiechałem się o wiele więcej niż było trzeba…..Siedzę, wysmarowany wszystkim, czym popadło, i uśmiecham się. I nagle zaczynam mówić, dużo mówić. Matka Bronia ucieszyła się i nawet od razu wydała obiad po polsku z czeczewicą, marchewką i gośćmi.

Następnego dnia, z rana, przyszli po nią. Najpierw weszła dozorczyni Faina, Tatarka, za nią grzeczny wojskowy z teczką, za nim jeszcze ktoś, nie pamiętam, kto. Grzeczny wojskowy zaczął pytać o nazwisko, imię, kilkakrotnie spytał, czy jest Polką, pozostali zaczęli przeszukiwać rzeczy, zaglądać do łóżek, stołów. Próbowałem powiedzieć im, że pluskiew nie ma, rzecz jasna, po polsku i jeszcze niezbyt wyraźnie. Mama poprosiła Fainę o przywołanie Janka z pierwszego piętra, po to, by zabrał mnie do siebie. Kiedy to Janek mnie zabierał, matka Bronia błogosławiła obrazem Matki Boskiej i pocałowała. Fela, starszy brat, milczał, siedząc przy oknie, huśtał się na krześle. On już wtedy był dziwny.

Faina, Tatarka, pożałowała mnie ”niedonoszonego” i oddała na przechowanie do Polaków na pierwszym piętrze. Wkrótce przyprowadziła i Felę, bardzo rozżalonego: nie zabrano go z Mamą do Bolszogo JUM, powiedzieli, że jak na szpiegów to jesteśmy zbyt mali, ale po jakimś czasie oddadzą nas do jakiegoś ”Prijomnika”.

Z całą pewnością, faktycznie byłem zbyt mały. Po wyprowadzeniu mamy, pełzałem pod dużą ilością nóg stołowych, kanap, leżanek u dziadka Janka-Polaka stolarza, nawet nieźle poznałem wszystkie „pod”, a pewnego razu, w jednym z „podstołowych” zakamarków znalazłem ”coś”, ukryte od wszystkich, za co srodze byłem ukarany.

Muszę powiedzieć, że stolarka, którą zajmował się Janek, bardzo mi przypadła do gustu. Bardzo lubiłem wiórki. Były przedziwnie piękne i wspaniale pachniały. Próbowałem je nawet jeść.

Pamiętam, że Fela, mój starszy brat, już po chorobie związanej z ciężkim pobiciem w szkole za ojca-szpiega, bardzo długo stal przy mapie geograficznej wujka Janka i jeździł po niej palcem, szukając miejsca, dokąd zawieziono matkę Bronię i ojca. Od tamtych czasów we mnie pojawiła się niechęć do szkoły. Janek mówił, że mamę z tatą zaprowadzili do „Bolszogo Domu”.

Co to za dom? Dlaczego odprowadzają tam szpiegów?

Wyobrażałem sobie, że gdzieś tam, w głuchym lesie z wysokimi drzewami, jak w opowiadaniu „ Chłopczyk-paluszek”, stoi Duży Dom, w którym mieszkają bracia i siostry – szpiedzy. Cóż to takiego – szpiedzy – nikt nie wie – poza nimi. To wielka tajemnica. Dlatego las jest taki ciemny i dom taki duży. Takich maluchów jak ja nie biorą do niego, a tak bym chciał. Przecież zostałem sam jeden, brat Fela zmarł na zapalnie płuc w szpitalu psychiatrycznym.

Mnie tez wkrótce oddano do domu państwowego i życie moje od tego czasu stało się państwowe. Brak znajomości języka rosyjskiego zmusił mnie do milczenia, moje „przekanie” denerwowało moich rówieśników i było niebezpieczne – mogli pomyśleć, że ich przedrzeźniam, i znowu na długo byłem niemy. Wozili nas z miasta do miasta, z Zachodu na Wschód, aż znalazłem się na Syberii koło Omska. Gadające wokół mnie pacany krzyczeli po rosyjsku i nawet – po to bym cokolwiek zrozumiał – rzucali wyzwiskami, a nieraz i bijąc się: takim to sposobem uczyłem się języka rosyjskiego a do czterech i pół roku w ogóle nie rozmawiałem. Zgadzałem się ze wszystkimi, ale nie rozmawiałem. Mówić po rosyjsku zacząłem nieoczekiwanie nawet dla samego siebie, w czasie wojny.

Nie było talerzy, dostawaliśmy jedzenie w kubkach. Przy stole siedziało sześć osób – sześć kubków, siódmy ze sterczącymi kawałkami pokrojonego pionowo chleba. Zupa, jeśli była, herbata – wszystko z jednego kubka. To była norma. Wpuszczano do stołówki, jak kubki stały już na stole, a do tego czasu, horda głodnych pacanów tłoczyła się przy drzwiach. Otwierały się drzwi i stado małych zwierzątek rzucało się na swoje kubki. Pewnego razu w miejsce chorującego szóstego malucha posadzono do naszego stołu pryszczatego, z soplami „ „zalotkę” (obcego, nie naszego);i chłopak wyprzedził nas wszystkich, oblizał swój brudny palec i po kolei powsadzał do naszych kubków. I tu, nieoczekiwanie powiedziałem coś po rosyjsku, sam nie rozumiejąc, co, ale było to związane z matką. Brudny pacan zbaraniał, pozostali przestraszyli się, przecież byłem niemową, żeby tak od razu i w ten sposób. Od tamtej chwili zacząłem mówić po rosyjsku i powoli zapominać swój pierwszy język, język matki.

Ale powróćmy do innego, ważniejszego tematu, do tego, co nas, pacanów „Depeszników” bardzo w tym czasie interesowało, do spraw, które próbowaliśmy w tym czasie rozwiązać sami:

  • Wodzowie mogą być ludźmi, czy tylko wodzami, czy obowiązkowo muszą nosić wąsy?
  • Kto jest lepszy szpieg czy wróg ludu? Czy jest to samo? Przecież my jesteśmy wszyscy razem. Zawieraliśmy znajomości od pytań:
  • Czy jesteś szpiegiem?
  • Nie, wrogiem ludu.
  • Jeśli jesteś i jedno i drugie, jak, dla przykładu, ja? I jeszcze:
  • Dlaczego towarzysz Lenin – dziadek? Przecież nie miał wnuków. Może, dlatego, że broda, a może dlatego, że nie żyje?
  • Towarzysz Stalin – przyjaciel wszystkich dzieci. To znaczy, że i nasz przyjaciel?

Najstarszy pacan nie wytrzymał i spytał wychowawczynię o Stalina. Początkowo bardzo przestraszyła się, a potem złapała go za kołnierz i pociągnęła do dyżurującej ochrony, słyszeliśmy, bardzo głośno płakał. Pytań było wiele, wiele.

Osobiście uważałem, że szpiegostwo, to nic aż tak złego. Przecież nie mógł być złym mój rosyjski ojciec Stefan. Był dobrym i pięknym, spójrzcie na zdjęcie. A moja miła matka, pięknie śpiewająca polskie piosenki?: ”Spij me dziecię, niech Bóg ma Cię w opiece…”

O, Matko Broniu, weź mnie do szpiegów. Będę z tobą po polsku rozmawiać.

Edward Koczergin

Drogi Panie Edwardzie!

Wszystkiego co najlepsze w Dzień pięknego Jubileuszu. Podziwiamy, szczycimy się, jesteśmy z Panem!

W imieniu redakcji

Teresa Konopielko

redaktor naczelna

Zdjęcia: Denis Szczegłów