Boże Narodzenie dawniej i dziś

Opowiem o czasach, kiedy w Polsce w adwencie nikt nie słuchał kolęd, po sklepach nie biegały mikołaje (celowo piszę z małej litery), a choinkę ubierało się dopiero w poranek wigilijny. To wcale nie było tak dawno, to znaczy było to w czasach, kiedy polityka i handel trzymały się od tradycji katolickich odpowiednio daleko, a katolicy również pamiętali o znamiennych słowach, aby oddawać Bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie, i nieszczególnie byli widoczni ze swoimi obyczajami w przestrzeni publicznej.

Wigilia Bożego Narodzenia była wtedy zwykłym – niezwykłym dniem. Zwykłym, ponieważ ludzie pracowali w tym dniu jak co dzień, a niezwykłym, ponieważ kolacja, zwana w tym dniu wieczerzą, jak przed wiekami, rozpoczynała się wspólną modlitwą, najstarszą jaką znamy, czyli „Ojcze nasz”, wspomnieniem bliskich zmarłych, którzy kiedyś zasiadali z nami do wigilijnego stołu i dzieleniem się opłatkiem, symbolem chleba, z życzeniami. Życzeniami przede wszystkim zdrowia, ponieważ jeżeli jest się zdrowym, to wszystko inne jest możliwe i w zasięgu ręki. Sama kolacja też była niezwykła, ponieważ wyglądała jak przed wiekami: kompot z suszonych owoców, ryba, duszona kapusta, groch, smażone grzyby, solony śledź w śmietanie, chleb i słodkie makiełki z nasączonej mlekiem bułki i mielonego maku (wielkopolski deser wigilijny).

Wigilijne potrawy. ©polskapresse

Na stole obowiązkowo ustawiało się nakrycie dla niespodziewanego gościa. I pewnie potraw niekoniecznie było dwanaście, ale nie chodziło o liczbę, chodziło właśnie o te wymienione, które podczas Wigilii jedli nasi dziadkowie i prapradziadkowie. To dlatego nie było na stole ziemniaków (produkt „zamorski”), sera i jaj (post) czy innych specjałów, które, jakbyśmy współcześnie naukowo powiedzieli, nie stanowiły pierwotnie w Polsce „składników diety makrobiotycznej”. Dzięki takiej podróży kulinarnej w przeszłość, dzięki wspomnieniu przy stole bliskich zmarłych, stawał się cud, czas przestawał istnieć, przeszłość i teraźniejszość układały się w fantastyczną jedność i to dawało niesamowitą siłę na przeżycie kolejnego, zbliżającego się dużymi krokami roku. Po kolacji był czas na śpiewanie kolęd, odwiedzanie z opłatkiem bliskich krewnych i sąsiadów. Rolnicy zanosili opłatek dla bydląt, które jako że według tradycji dostąpiły zaszczytu bycia przy narodzinach Pana, w ten oto sposób były wyróżniane spośród innych zwierząt. Opłatek dla krów, w odróżnieniu od białego opłatka dla ludzi, był różowy, rozpuszczało się go w wodzie, aby zwierzę mogło go łatwiej przełknąć (czy w obecnych hodowlach, z dumą nazywanych przemysłowymi, ktoś by o czymś takim pomyślał?). I tak na tym niezwykłym docenieniu zwierząt, na śpiewaniu kolęd, których melodie i słowa są tak samo stare jak przepisy dań wigilijnych, mijał czas do Pasterki – Mszy świętej odprawianej o północy na pamiątkę przybycia pasterzy do nowonarodzonego Chrystusa.

Pasterka w Katedrze w Olsztynie. Fot. Paweł Kicowski

Niezwykła symbolika tego nabożeństwa powodowała, że kazanie, wygłaszane wtedy przez księdza musiało być najlepsze w roku i pamiętało się je długo, bo i niezwykła nocna pora sprzyjała takiemu zapamiętywaniu. Po Bożym Narodzeniu, w styczniu, był czas na radosne opłatkowe spotkania z przyjaciółmi, kolegami, znajomymi, wypicie z nimi przy tej okazji również czegoś mocniejszego, zjedzenie smacznego ciasta czy zupełnie już niepostnych innych specjałów. W styczniu, czyli w okresie karnawału odbywały się również koncerty kolęd, spektakle świąteczne i bale karnawałowe mające swoją kulminację podczas tak zwanego „śledzika”, czyli ostatnich dni przed Środą Popielcową.

We wszystkim, co opisałam w tej krótkiej opowieści, tak naprawdę chodziło o jedno, o bycie razem, niekoniecznie za jednym stołem, ponieważ kolacje wigilijne ograniczały się do rodziny najbliższej: rodziców, dzieci, dziadków, ale o taką psychiczną ponadczasową jedność, co w kontekście tragicznych dziejów naszej Ojczyzny miało kiedyś wartość szczególną. Może warto czasami i teraz o tym pomyśleć przy wigilijnym stole, aby znów poczuć tę cudowną łączność pokoleń i czerpać z tego moc na kolejny Nowy Anno Domini 2019, czego z całego serca wszystkim Czytelnikom i Redakcji z okazji zbliżających się Świąt życzę.

Tekst: Grażyna Sadowska