„Będziemy pić herbatę i głaskać koty”

Dzień 3 kwietnia 2017 roku na długo pozostanie w pamięci mieszkańców Sankt Petersburga. Około godziny 14:40 w wagonie metra na odcinku pomiędzy stacjami Siennaja Płoszczad i Technologiczeskij Institut eksplodował ładunek wybuchowy. 14 ofiar śmiertelnych, ponad 50 osób rannych. Te wszystkie statystyki nie wydają się tak przerażające, kiedy dotyczą krajów odległych. Jednak, gdy do zamachu dochodzi w twoim rodzinnym mieście, patrzysz na takie wydarzenie z zupełnie innej perspektywy.

Urodziłam się i wychowałam w mieście nad Newą, ale przez ostatnie pięć lat mieszkam w Krakowie.  W momencie, gdy w petersburskim metrze wybucha bomba, jestem na uczelni, mam jedne z najwspanialszych zajęć na moich studiach. Pochłonięta żywą dyskusją i dobrą zabawą, nawet nie sprawdzam napływających drogą telefoniczną wiadomości. Po zajęciach radośnie podchodzę do Opiekuna naszego Koła Naukowego, gdyż potrzebuję jego podpisu na wniosku o dofinansowanie wyjazdu do Petersburga. Już za tydzień lecę tam na konferencję, a przy okazji odwiedzę rodzinę, co bardzo mnie cieszy.

Gdy za pół godziny wyciągam telefon z torby, widzę wiadomość od przyjaciół z Wrocławia: „Czy u Was w Petersburgu wszystko ok?”. Pełna trwogi włączam Internet, ale na szczęście od razu dostaję wiadomość od mamy: „Jak będziesz czytała wiadomości – nie martw się, u nas wszystko w porządku”. Dzięki temu, gdy sprawdzam informacje na portalach i dowiaduję się, co właściwie się wydarzyło, jestem odrobinę spokojniejsza. Znajomi oznaczają na Facebooku, że są bezpieczni. Wysyłam kilka SMS-ów do najbliższych przyjaciół – odpowiadają, że wszystko dobrze, więc już łatwiej mi oddychać. Ale rozum nadal nie chce przyjąć tego wszystkiego do wiadomości. Co prawda, mieszkamy obok innej linii metra, ale tyle razy jeździłam tamtą trasą do dentystki, na koncert, na spotkanie z koleżankami…

Po chwili dzwoni do mnie mama i opowiada, jak teraz wszyscy mieszkańcy kontaktują się ze sobą i odbierając połączenie, zamiast „cześć!” mówią do siebie: „żyjemy!”. Na innej stacji znaleziono kolejną bombę, więc wszystkie wejścia do metra są zamknięte a w mieście zrobił się totalny chaos – ludzie nie mają jak dostać się do domów. Całkiem niedawno opowiadałam znajomym z Polski, że w Petersburgu metro jest najpewniejszym środkiem transportu publicznego i bardzo dużo osób z niego korzysta. Wczoraj stało się jasne, jak uzależnione od owego środka komunikacji są duże miasta.

Odświeżam rosyjskojęzyczne portale i zaczynam obserwować coś niesamowitego. Naoczni świadkowie piszą, że tuż po eksplozji ludzie z sąsiednich wagonów, zamiast uciekać jak najdalej od epicentrum katastrofy, zaczęli sprawnie pomagać ratownikom. Jedna z najbardziej znanych sieci komórkowych chwilowo wprowadziła darmowe połączenia. Kawiarnie zapraszają wszystkich zmuszonych wracać na piechotę przez zimne miasto na darmową kawę i herbatę. Cała komunikacja miejska oraz kilka firm taksówkarskich przestają pobierać opłaty za przejazd. Zwykli kierowcy również postanawiają pomóc i zawieźć do domów tyle osób, ile się da – tworzą tabelkę w Google, dzięki której ludziom jest łatwiej się zgrać; temu samemu służy nowy hashtag #домой (do domu) na portalach społecznościowych. W aplikacjach na smartfony co chwilę pojawiają się komunikaty w stylu: „Jadę z miejsca A w stronę punktu B. Mogę zabrać ze sobą dwie osoby, zbiórka za 15 minut. Za darmo!”. Stacje benzynowe na hasło: „do domu” zapewniają darmowe paliwo. Niektórzy mieszkańcy centrum proponują ciepły posiłek i nocleg. Jedna dziewczyna pisze: „Mieszkam na Petrogradskiej. Jeżeli ktoś nie może dostać się do domu – zapraszam. Będziemy pić herbatę i głaskać koty”. A inna opowiada, że gdy już nie mogła wytrzymać napięcia emocjonalnego i rozpłakała się, natychmiast dostała słowa otuchy od przypadkowych ludzi na ulicy. I takich historii jest coraz więcej!

Żadnej nienawiści, żadnej paniki. A przecież terrorystom zawsze chodzi właśnie o strach. Zamiast tego mieszkańcy Petersburga stają się dla siebie ogromnym wsparciem i ofiarują to, co najważniejsze – swój czas, ciepło, jedzenie. Niektórzy piszą, że w obliczu tragedii petersburżanie udowodnili, że są nie tylko przedstawicielami stolicy kultury, ale również godnymi spadkobiercami obrońców oblężonego Leningradu. Nie wiem, czy to porównanie jest odpowiednie, ale jednego jestem pewna – jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak dumna z mojego miasta. I ja również spróbuję się nie poddać.

Anna Svetlova