Abel Korzeniowski: „Mój ulubiony dźwięk to cała orkiestra naraz”

Z panem Ablem, który już 24 października po raz pierwszy zagra z orkiestrą w Petersburgu, udało mi się skontaktować dopiero za drugim razem i to z mojej winy. Kompletnie pogubiłam się w różnicy czasu, która jest spora – uprzedzamy Los Angeles o 10 godzin. Muszę przyznać, że możliwość porozmawiania z kimś, kto mieszka na drugim końcu świata, a w dodatku jest wybitnym kompozytorem nominowanym do Złotych Globów i Nagrody Emmy, wywołuje mieszane uczucia. Jest to z jednej strony fascynujące, a z drugiej trochę (a nawet bardzo) onieśmiela. Ale już po pierwszych minutach wywiadu zrozumiałam, że moje obawy były zbędne: szybko udało nam się stworzyć przestrzeń dialogu łączącą dwa kontynenty i dwie kultury. Wtedy pomyślałam, że nawet rozmowy o muzyce mogą jednoczyć ludzi.

 

Rozmawia Olga Oniszczuk

OO: Czy od zawsze Pan wiedział, że chce Pan zostać muzykiem?

AK: Inaczej to sformułuję: zawsze wiedziałem, że mam nim zostać, dlatego że pochodzę z rodziny muzycznej. Moja mama grała na wiolonczeli w operze, więc ten instrument dostałem w wieku sześciu lat. Miałem po prostu zostać muzykiem orkiestrowym – taki był rodzinny plan.

OO: Ale Pan wybrał nieco inną drogę. Jak rodzina zareogowała na pierwszą skomponowaną przez Pana muzykę?

AK: Pamiętam, że był to utwór na fortepian, który napisałem gdzieś w podstawówce. Pokazałem go babci i ona mi powiedziała: „Po co Ty to piszesz, jak my już wszystkich kompozytorów mamy – Mozarta, Czajkowskiego i tak dalej. Cała muzyka zost ała już napisana, więc nie ma potrzeby!”. To mnie rzeczywiście trochę zastopowało na dobrych parę lat.

OO: Ale Pan się nie załamał?

AK: Wróciłem do pisania gdzieś dopiero w liceum i potem już nie odpuściłem.

OO: Całe szczęście! W jednym z wywiadów powiedział kiedyś Pan, że czuje się związany z polską tradycją muzyczną. Czy mógłby Pan wymienić przynajmniej trzech polskich kompozytorów, którzy służą dla Pana inspiracją?

AK: Oczywiście. Ze współczesnej muzyki klasycznej to przede wszystkim mój mistrz i nauczyciel Krzysztof Penderecki, Witold Lutosławski oraz Henryk Górecki. A z twórców muzyki filmowej – Wojciech Kilar.

„Po co Ty to piszesz, jak my już wszystkich kompozytorów mamy – Mozarta, Czajkowskiego i tak dalej. Cała muzyka zost ała już napisana, więc nie ma potrzeby!”

OO: A wśród kompozytorów rosyjskich są tacy, którzy Pana inspirują?

AK: Ponieważ pochodzę z krakowskiej szkoły kompozytorskiej, śmiało mogę powiedzieć, że rosyjscy kompozytorzy są naszą inspiracją dopisania. Reprezentują bardzo klasyczne myślenie o muzyce. Trudno je sobie wyobrazić bez Czajkowskiego, Szostakowicza,  Strawińskiego, Skriabina, Musorgskiego… można wymieniać w nieskończoność.

OO: Wiem, że dla muzyka to zabrzmi tak samo, jak pytanie do filologa o ulubionej książce, ale jednak zapytam – czy ma Pan ulubiony utwór muzyczny?

AK: Jest wiele utworów, które były dla mnie bardzo ważne w którymś momencie życia. Kiedy uczyłem się kompozycji, odkrywałem instrumentację i analizowałem utwory mistrzów, często pojawiał się pewien lęk – jak coś takiego można stworzyć? Jest to jednocześnie fascynujące i trochę onieśmielające uczucie. Tak było, na przykład, z IV Symfonią Lutosławskiego. Z jednej strony, jest niesamowicie kompleksowa, a z drugiej strony, podoba mi się po prostu jako utwór „do słuchania”, co w przypadku muzyki współczesnej niekoniecznie idzie w parze.

OO: Jest Pan twórcą muzyki filmowej i teatralnej. Na czym polega specyfika tworzenia muzyki „do czegoś”?

AK: Ja bardzo dużo improwizuję i zanim zaczynam „wgryzać się” w to, co piszę, muszę mieć ogólny kształt utworu, który będzie mi się podobać. Zwykle zaczynam od robienia szkicu – może być bardzo gruby, ale pokazuje jakąś linię melodyczną czy kontrapunkt. Dopiero wtedy zaczynam instrumentować i rozwijać pomysły.OO: A kto jest pierwszym słuchaczem Pana muzyki?

AK: Moja żona (i jednocześnie mój producent) Mina. Kiedy piszę, zwykle siedzi w tym samym pokoju. Gdy jest przy mnie, najłatwiej mogę skupić się na tym, co robię, bo mój świat jest  kompletny (uśmiecha się). Jeżeli idę jakąś ślepą uliczką, ona zawsze mi o tym mówi. Jest to bardzo pomocne, bo często bywa tak, że jako kompozytor mogę zachwycić się pewnym pomysłem, który sam w sobie może być nawet piękny, ale nie pasuje do sceny. Można spędzić przy nim kilkanaście godzin, żeby ostatecznie po paru dniach ocknąć się i stwierdzić, że trzeba go jednak odłożyć do szuflady. Natomiast, sytuacja, gdy ktoś zaufany jest w stanie powiedzieć, że wybrany kierunek nie jest dobry, pozwala dużo szybciej zrobić „korektę”.

OO: Czy Pan jako twórca jest krytyczny wobec siebie?

AK: Tak, i to bardzo! I polskie wychowanie też temu sprzyja, bo ciągle jesteśmy w niskiej samoocenie i, tak naprawdę, warto z tym walczyć. Ale generalnie usiłuję wypracować coś, co naprawdę mnie porusza i osobiście mi się podoba, – dopiero wtedy idę dalej.

OO: A czy pamięta Pan, jaka muzyka ostatnio najbardzej Pana poruszyła? 

AK: To jest bardzo trudne pytanie… Bo ja słucham muzyki jedynie w podkładzie, to znaczy gdzieś tam w ciągu dnia radio gra muzykę filmową i niekoniecznie słucham jej w sposób aktywny. Rzadko udaje mi się usiąść do albumu i przesłuchać go w całości. Ale jeden z przykładów, który przychodzi mi do głowy, to muzyka Jóhanna Jóhannssona do Arrival (pol. Nowy początek) – rzeczywiście jest niezwykła i inspirująca.

OO: Czy zdarza się Panu wracać do swoich dawnych utworów z myślą, że mógłby Pan je zrobić inaczej?

AK: To mija z czasem. Przy każdej muzyce, nad którą pracowałem, był taki moment, gdy myślałem, że wszystko jest stracone, że to do niczego się nie nadaje i tylu rzeczy tam się nie udało zrobić. Ale na szczęście, z czasem zapomina się, czego nie udało się zrobić i zaczyna się doceniać to wszystko, co tam zostało. Niestety owa świadomość nie przychodzi łatwo, bo często trudno jest popatrzeć na utwór w sposób obiektywny. Jedna z największych trudności przy pisaniu muzyki filmowej polega na tym, że z jednej strony, musi ona współdziałać z obrazem, co wymaga obiektywnej oceny. Z drugiej zaś strony, kompozytor chce stworzyć po prostu poruszający utwór, a to już jest kompletnie subiektywne. Balansowanie między dwoma biegunami – oddzielenie tego, co mi się osobiście podoba, od czegoś, co pasuje do obrazu, – jest bardzo ciężkie. Ale wracając do przestrzeni czasowej i słuchania własnej muzyki po wielu latach, przyznam, że jest to ciekawy proces. Zazwyczaj jednak sporo się zapomina i nawet własna muzyka potrafi być zaskoczeniem.

Muzyka jest głównym medium pozwalającym na przekazanie czystej ludzkiej energii.

OO: Czy zastanawiał się kiedyś Pan, jak wygląda idealny odbiorca Pana muzyki?

AK: Nie wiem, czy istnieje idealny odbiorca… Jak przy rozmowie między ludźmi: idealne porozumienie, gdy jedna osoba mówi i myśli o czymś, a druga odbiera jej słowa dokładnie w ten sam sposób, jest bardzo, bardzo rzadkie.  Przeważnie druga osoba, nawet jeżeli odpowiada, i tak myśli o czymś zupełnie innym. Dialog odbywa się trochę w poprzek: niby rozmawiamy, ale każdy patrzy na sytuację po swojemu, co wynika, na przykład, z odrębnego osobistego doświadczenia. Podobnie jest z muzyką. Mocno wierzę, że potrafi przekazywać bardzo intensywne uczucia – jest głównym medium pozwalającym na przekazanie czystej ludzkiej energii.  Nie mniej jednak, ta energia odbija się o nasze doświadczenie i w każdej osobie rezonuje inaczej, każdy z nas ma w sobie inne struny. W związku z tym, poruszający dla dziesięciu osób utwór będzie poruszał nimi na dziesięć rozmaitych sposobów. Nie ma mowy o tym, że któraś interpretacja jest lepsza, że trzeba rozumieć dzieło dokładnie tak, jak go napisałem. Magiczny przekaz sztuki pozwala nam na wspólne doświadczenie czegoś, a jednocześnie na odebranie tego w bardzo osobisty sposób.

OO: A jaką cechę Pan najbardziej docenia w reżyserach, z którymi współpracuje?

AK: Reżyser, moim zdaniem, powinien mieć bardzo precyzyjną wizję filmu, który chce zrobić. To, na ile potrafi ją przekazać i wytłumaczyć, powoduje, że pracuje się z nim łatwiej albo trudniej. Najbardziej istotne jest jednak odczucie kierunku, w którym dąży. Jednym z twórców, którzy potrafią przekazywać „rzeczy nie z tej ziemi”, jest Tom Ford – jego wizja „przebija” z każdego elementu filmu. Dzieła Forda są bardzo spójne, co pozwala muzyce działać w sposób nieprzypadkowy. Często informacją dla mnie służą nawet nie same słowa reżysera, ale, na przykład, kostiumy czy uczesanie bohaterów. Pierwszy raz doświadczyłem tego przy Samotnym mężczyźnie. Jedna ze scen z Julianną Moore była zbudowana wokół tego, w jaki sposób jej bohaterka była uczesana – siedziała przed lustrem i patrzyła na siebie. Wydaje mi się, że właśnie w tego rodzaju momentach film oddziaływuje na bardzo różnych przestrzeniach.

OO: Czy jest reżyser, z którym Pan jeszcze nie miał okazji współpracować, a bardzo by chciał?

AK: Mnóstwo! W zasadzie, za każdym razem, gdy obejrzę jakiś film, który zapiera dech w piersiach, myślę o jego soundtracku: „O rany, chciałbym coś takiego napisać!”. Na przykład, pamiętam, gdy obejrzałem Incepcion (pol. Incepcję) Christophera Nolana, pomyślałem: „Dlaczego nie ja napisałem tę muzykę?!” Tak strasznie mi się podobało. Wielu jest takich reżyserów: Guillermo del Toro, Wong Kar-wai… bardzo wielu!

OO: Od 2005 roku mieszka Pan w Los Angeles. Czy pamięta Pan, z jakim nastawieniem leciał po raz pierwszy do Stanów Zjednoczonych?

AK: Tak, oczywiście. Leciałem z biletem w jedną stronę, mieliśmy cztery walizki, w których był nasz cały dobytek życiowy. Nastawienie było takie, że po prostu musi nam się udać i trudno było sobie wyobrazić, że stanie się inaczej. Po przyjeździe tutaj, oczywiście, okazało się, że odnalezienie się w nowym miejscu jest o wiele trudniejsze, niż nam się wydawało. Właściwie, zaczynaliśmy od początku, od zera. Niekoniecznie mogłaby ta nasza „wycieczka” dobrze się skończyć: przecież jest tutaj ponad dwa tysiące kompozytorów filmowych, co powoduje dużą konkurencję. Pamiętam swoje lęki, a jednocześnie ogromną mobilizację. Trzeba było wychodzić do ludzi, spotykać się, rozmawiać, niezależnie od tego, czy rozmowy do czegoś doprowadzą. Ostatecznie wszystko się udało, ale uważam, że to prawdziwy cud.

OO: Trzynaście lat minęło od momentu przeprowadzki Pana za ocean. Co dzisiaj łączy Pana z Polską?

AK: Przede wszystkim, język. Mówimy po polsku w domu i mamy wielu polskich przyjaciół. A po drugie, po przyjeździe tutaj wcale nie odłączyłem się od swoich korzeni. Polska kultura nadal jest we mnie i muzyka, którą pisze, ma bardzo silne korzenie… nie tyle polskie, ile krakowskie. Mam świadomość tego połączenia z kulturą polską, czy szerzej – europejską. Tworząc na obczyźnie, oczywiście, nasiąkamy innymi wpływami. Ale smaki, zapachy, które pamiętamy z dzieciństwa, zostają na zawsze.

OO: Jak często bywa Pan w Polsce?

Bardzo rzadko, niestety. Praca kompozytora jest szalenie nieregularna i ciężko jest nam zaplanować wyjazd. Najczęściej bywa tak, że wyjazd jest już zaplanowany i natychmiast pojawia się film, do którego trzeba napisać muzykę. Wtedy, wiadomo, wyjazd zostaje odwołany. W tej chwili wyjeżdżamy do Rosji, ale nie jesteśmy w stanie nawet przejechać przez Polskę – nasz kraj mija nam pod skrzydłami.

My Słowianie, jesteśmy nieprawdopobnie zahartowani, ponieważ generalnie mieliśmy ciężko przez stulecia – zawsze było wiadomo, że życie jest ciężkie i nie możemy się poddawać.

OO: Czy po raz pierwszy będzie Pan w Rosji?

AK: Tak, pierwszy raz, jeszcze nigdy nie byłem w Rosji i jestem strasznie ciekaw, jak tak naprawdę tam wszystko wygląda.

OO: Jakie są Pana oczekiwania?

AK: Wielkie! Wiem, że zarówno Moskwa, jak i Sankt Petersburg są pięknymi miastami i przepuszczam, że naprawdę będę oczarowany obiema stolicami. Kiedy po wielu latach przyjeżdżam do europejskich miast, zupełnie inaczej już na nie patrzę. Gdy mieszkaliśmy w Polsce, mieliśmy przeświadczenie, że wszystkie narody Europy są kompletnie różne, że każdy ma swoje szczególne miejsca – na przykład, Polacy mają Kraków. A teraz, kiedy przyjeżdżam do Europy i jestem, powiedzmy, w Londynie, to wydaje mi się, że właśnie tak mógłby wyglądać Kraków, gdyby był jeszcze bardziej rozbudowany. Jest to nieprawdopodobne doświadczenie naszej wspólnoty kulturowej. Oczekuję czegoś takiego od Moskwy i Sankt Petersburga – zobaczyć bardziej wschodnią część naszej europejskiej kultury i poczuć, że jednak jesteśmy połączeni wszyscy razem w Europie. W Los Angeles, na przykład, często robimy zakupy w rosyjskich sklepach i czujemy się kompletnie tak, jak byśmy robili zakupy gdzieś w Polsce. Sklepy są niemal identyczne, są nawet polskie towary, ale rosyjskie wyglądają praktycznie tak samo, smaki są podobne.

OO: Czy potrafiłby Pan określić główną różnicę kulturową pomiędzy Amerykanami a Europejczykami? Czy ona w ogóle istnieje?

AK: Niestety, istnieje. Główna rzecz, która przychodzi mi do głowy, to sprawa samooceny. Amerykanie są wychowywani w taki sposób, że są nagradzani od dziecka za rzeczy, które nie są jakimś dużym osiągnięciem i mają być po prostu naturalne i oczywiste. Z kolei, w kulturze europejskiej standardy są dużo wyższe, a w przypadku kultury polskiej czy słowiańskiej są jeszcze ostrzejsze. Sztandarowym przykładem może służyć rosyjska szkoła baletowa, która przecież jest ikoną tego, jak bardzo wymagająca może być edukacja, bez żadnego uśmiechu. Także sposób, w jaki wychowuje się dzieci w Stanach a w Europie, bardzo się różni.

OO: A czy tak odmienne podejście do kształcenia samooceny dziecka, Pana zdaniem, służy Amerykanom czy bardziej przeszkadza?

AK: Każde podejście ma dobre strony. Edukacja bezstresowa powoduje, że potem jako dorośli bardziej cieszymy się tym, co robimy i wiara w siebie może być dla nas ogromną podporą. Z drugiej strony, przy takim podejściu dorastająca osoba może łatwiej załamać się przy mocniejszych przeciwnościach życiowych. Z kolei, my Słowianie, jesteśmy nieprawdopobnie zahartowani, ponieważ generalnie mieliśmy ciężko przez stulecia – zawsze było wiadomo, że życie jest ciężkie i nie możemy się poddawać.

OO: A jak teraz, po trzynastu latach mieszkania w Stanach, wygląda u Pana kwestia samooceny?

AK: W górę i w dół (śmieje się).OO: Na koncertach w Moskwie i Petersburgu będzie Pan dyrygował orkiestrą.

AK: Tak, i to dla mnie największa przyjemność – móc zaprezentować moją muzykę samemu i w ten sposób skontaktować się z publicznością. To najwspanialsza część mojej pracy. Od jakiegoś czasu dyryguję swoją muzyką w studiu. I odkąd po raz pierwszy zadyrygowałem publicznie na festiwalu w Kordobie, poczułem, że to sprawia mi ogromną przyjemność.

OO: Czy denerwuje się Pan przed wyjściem na scenę?

AK: Nie, jest to wielka radość! Poza tym, mam świadomość, że nawet jeżeli się pomylę, orkiestra i tak zagra beze mnie (śmieje się).

OO: Na zakończenie wywiadu czasem zadajemy naszym rozmówcom wybrane pytania z tak zwanego kwestionariusza Marcela Prousta. Czasami też je trochę modyfikujemy. Pierwsze pytanie, które chciałabym Panu zaproponować, będzie bardzo krótkie – Kraków czy Warszawa? Kaków.

Gdzie chciałby Pan mieszkać? Dokładnie tutaj, gdzie jestem, na wzgórzach Hollywood.

Jakie błędy Pan najłatwiej wybacza? Takie, które człowiek chce potem poprawić.

Wada, który Pan w siebie nie znosi? Niska samoocena.

Jaki dźwięk najbardziej Pan lubi? Wiele naraz – cała orkiestra.

OO: Niedługo już będziemy mieli szczęście ten dźwięk usłyszeć. Bardzo dziękuję Panu za rozmowę!

AK: Dziękuję serdecznie i zapraszam na koncert w Petersburgu!

Opracowanie Anna Swietłowa

Serdecznie dziękujęmy Veronice Lehman i Rodionowi Nagornemu za pomoc w organizacji wywiadu.