„9 maja to przede wszystkim pamięć”

W przededniu Dnia Zwycięstwa zaproponowaliśmy kilku Rosjanom odpowiedzieć na pytanie, czym dla nich jest dzień 9 maja.

Dobrze pamiętam, jak będąc studentkami pierwszego roku podczas stażu w Poznaniu, w dniu 9 maja zdecydowałyśmy się z koleżankami pójść na Cytadelę, na groby żołnierzy radzieckich. Kupiłyśmy kwiaty i znicze, miałyśmy też zamiar na grobach trochę posprzątać. Każda z nas miała wtedy 18 lat. Wychodząc rano z akademika byłyśmy pewne, że ten «красный день календаря» jest dniem wyjątkowym i że wymyślone przez nas „odwiedziny” są czymś bardzo naturalnym. Słuchając śpiewu ptaków na cmentarzu, rozmawiałyśmy o tym, że większość pochowanych tu żołnierzy była trochę starsza od nas. Nie mieli szczęścia wrócić do domu, zostali na zawsze oderwani od ludzi, których kochali, od ziemi, którą bronili. Narodziło się wtedy we mnie bardzo dziwne uczucie, jak gdybym mogła naprawić tę krzywdę, którą zrobiła im wojna. Tym, że jestem, że we właściwym dniu stoję przed nimi, łącząc ich z naszą wspólną Ojczyzną, że mam szansę im podziękować i coś zaśpiewać po rosyjsku…

We współczecnej Rosji Dzień Zwycięstwa jest obchodzony bardzo uroczyście i wiąży się z kilkoma tradycjami. Co roku w Moskwie oraz innych dużych miastach odbywają się parady wojenne, z ekranów telewizorów brzmią wojenne piosenki, a od 2012 roku tysięcy ludzi wychodzą na ulicy, żeby pójść marszem „Nieśmiertelnego pułku” z portretami swoich krewnych. W przededniu Dnia Zwycięstwa zaproponowaliśmy kilku Rosjanom odpowiedzieć na pytanie, czym dla nich jest dzień 9 maja.


Denis Szczegłow, fotograf

Dla mnie 9 maja to przede wszystkim pamięć. Pamięć o moich dziadkach i babciach, którzy przetrwali Obłężenie Leningradu, o ich rodzinach, o tych wszystkich okropnych dniach i nocach. Ale między innymi to też pamięć o świętach rodzinnych – twarze moich krewnych i radość od spotkania z nimi.

Taisja Mieńszykowa, dziennikarka

Dla mnie 9 maja to mój dziadek i wielka tradycja rodzinna. Teraz już nie ma go z nami, ale wcześniej Dzień Zwycięstwa zawsze zaczynał się od tego, że odwiedzaliśmy dziadka. Nigdy nie opowiadał o wojnie, ale zawsze wyglądał w tym dniu wyjątkowo uroczyście, a jednocześnie radośnie. Siedzieliśmy przy rodzinnym stole, przed telewizorem, pod dzwięki wojennej parady lub filmów. A potem zawsze szliśmy do Wiecznego Ognia przy memoriale Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Szliśmy pieszo,  ponieważ komunikacja miejska w tym dniu nie kursowała. Czasem nie było to łatwe, bo maj w Archangielsku zazwyczaj jest dość zimnawy. Zawsze kupowaliśmy czerwone goździki – i to też miało jakieś wyjątkowe znaczenie. A przed memorialem odbywała się minuta milczenia, którą zapowiadał piękny, wzniosły głos. Przeżywaliśmy te 60 sekund razem z całą Rosją, pod dzwięk metronomu…

Być może, w związku z obecnością tej tradycji, która obejmowała całą naszą rodzinę, z tym poczuciem, że obchodzimy coś naprawdę wielkiego, ten dzień zawsze wydawał mi się wyjątkowy. A święto zostało moim ulubionym. Na sczęście, widziałam wojnę tylko w filmach i na obrazkach. Ale czuję, że jest to moje święto. Nasze wspólne, a zarazem moje, bardzo osobiste.

Anna Pietraszyszyna, nauczycielka

Dla mnie 9 maja jest wydarzeniem, które łączy mnie z moją rodziną. Mam wspomnienia z dzieciństwa: jak oglądamy wraz z babcią paradę z Moskwy w telewizji, a potem robimy kwiaty z serwetek papierowych, umieszczamy je na gałęziach z młodymi liśćmi, nadmuchiwamy balony i idziemy do parku na marsz świąteczny. Obowiązkowo chodziliśmy też na cmentarz, dlatego ten dzień wydawał mi się jeszcze bardziej ważny i wzniosły. Dwóch moich pradziadków przeszło wojnę. Jeden zginął w 1945 roku w mieście Wormditt (obecnie jest to polskie miasto Orneta). Drugi dziadek walczył na Froncie Wołchowskim, otrzymał medał „Za obronę Leningradu” – a teraz ja mieszkam w tym mieście. Mieszkam daleko od mojej rodziny, ale w Dzień Zwycięstwa pójdziemy wszyscy razem z portretami naszych bohaterów w kołumnie Nieśmiertelnego Pułku – rodzice w rodzinnym mieście obwodu archangielskiego, a ja w Petersburgu.


Aleksej Wasiljew,
licealista

Dla mnie 9 maja jest Dniem Wielkiego Zwycięstwa tych wszystkich ludzi, którzy byli gotowi oddać najcenniejsze, co mieli – własne życie – za świetlaną przyszłość swojej rodziny, za wolność swych bliskich, za pokojowe niebo nad Ojczyzną. Jest to Dzień, w którym skłaniam się przed nimi z wyrazami wielkiego szacunku i czci, za to, że nigdy ostatecznie się nie poddali. Aby wyrazić swą wdzięczność wszystkim poległym za to zwycięstwo, co roku odwiedzam Cmentarz Piskariowski w Petersburgu. Składam kwiaty na mogile zbiorowej i wtedy czuję, że oddaję cześć pamięci ludziom, których nigdy osobiście nie znałem, ale którzy walczyli o mój kraj i o mnie.

Wiktorija Diadkina, dziennikarka

Dla mnie 9 maja jest świętem, którego nie chcę obchodzić. I mam nadzieję, że takich pamiętnych dat w kalendarium już nigdy nie będzie więcej. W tym dniu odczuwam przerażenie od czołgów na głównych ulicach w Moskwie i osłupienie od orderów i marszy. Myślę, że 9 maja nie zawiera w sobie uczucie dumy – jedynie tępy niewypowiedziany ból poprzednich pokoleń. To jest dzień, w którym możemy odetchnąć ze spokojem: „Jak dobrze, że nie ma wojny”.

Opracowały Olga Oniszczuk i Anna Swietłowa