Wiara Życia. Pamięci Tamary Pietkiewicz

Rozmowa śp. p. Światosława Świackiego ze znaną aktorką, literatem, autorką wstrząsającej książki „Życie – bucik nie od pary”, wybitną postacią w życiu kulturalnym miasta. Na ile silną musi być głęboko zakorzenioną i organiczną Wiara życia w Człowieku – BYĆ! I powinna BYĆ takową…

„TAK BYŁO NA ZIEMI”

We wszystko co polskie, co jest czymś swoim?

– Po ukończeniu 16 roku życia, otrzymałam pierwszy w swoim życiu dowód osobisty. W dowodzie – wpisaną narodowość – Polka. Ojciec był Polakiem. W rodzinie mojej mamy również byli również Polacy. Często słyszałem komplementy:

„Prawdziwa Polka”. To mi schlebiało. To, co stało się ze mną i moją rodziną związane było z polską narodowością. W 1937 roku ojciec został aresztowany i rozstrzelany. Potem aresztowano mnie za korespondencję prowadzoną z kuzynami: wg ówczesnych sformułowań – «utrzymywałam kontakty z zagranicą». W obozach środkowoazjatyckich spotykałam się z Polakami. Pośród nich byłam jedyna kobietą. Bez względu na to, że nie znałam języka polskiego i wyrosłam w Rosji oni opiekowali się mną. Jednakże najbardziej było dla pouczającym, co wyniosłam z kontaktów z nimi, to zdecydowanie inny stosunek człowieka do państwa. I my i oni – wszyscy znajdowaliśmy się za drutem kolczastym. Ale Polacy świecie wierzyli, że ich rząd z całą pewnością ich wyzwoli, zaś ja żyłam z przekonaniem, że dla swojego rządu jestem funkcjonującą jednostką, o której można decydować, jak ONO tego zapragnie. Od niego zależało nawet wpisanie kogokolwiek do rejestru ”wrogów” lub do wykazu „przyjaciół”

W jakim stopniu, Pani zdaniem, zależało to połączenia silnego charakteru z fartem?

Nie odbierałam siebie jako człowieka o silnym charakterze. Byłam raczej osobą o naturalnym zachowaniu w sytuacji, kiedy ma on do czynienia z nienaturalnym reżimem. Gdyby, dla przykładu, zaproponowano mi wybór: odżegnanie się od aresztowanego ojca w miejsce pozostania w organizacji komsomolskiej. Czy w tym przypadku potrzebny jest silny charakter, kiedy wierzysz w prawość ojca?

A siła woli?

Siła woli? Nie wiem.. Zapewne, to już jako rezultat. Jeśli mówimy o losie fortuny…? Tego też nie trzeba omijać. Nie na próżno zwracają się do niej per „pani”. Życie przecież, jak pan widzi, już jest poza mną. Widziałam, potwierdzałam ogromną ilość osób, które zginęły. Nawet obecnie, kiedy powracam myślami do pewnych zdarzeń, do dnia dzisiejszego nie mogę sobie wytłumaczyć, jakim cudem zostałam przy życiu. Dlatego też w moim odczuciu nie jest pustą frazą: „ Anioł – Stróż”, tym bardziej „Opatrzność Boska”. Zaliczam do tego grona przyjaźń z niektórymi ludźmi, ich słowo, wzór jakiejś koncentracji, skupienia, własną żądzę życia.

W jakim stopniu twórcze ucieleśnienie?

Na to pytanie mogę, tak sądzę, śmiało odpowiedzieć, że w najmniejszym stopniu jest obecny w nim wątek domysłu. W przypadku, gdy do obozu trafia człowiek w wieku czterdziestu-pięćdziesięciu lat, to zupełnie, co innego. Zupełnie inaczej, gdy trafia do niego osoba bez doświadczenia, na początku drogi życiowej. Wówczas każdy rys, fakt, czy ruch na trwałe pozostaje w świadomości, w pamięci. Powiedzmy, zupełnie nieoczekiwanie przerzucają mnie w inne miejsce. Dyspozytor mówi, że to z jego inicjatywy, ponieważ dzięki mojej szczerości z donosicielką w stosunku do mnie wszczęto „obozową sprawę”. Robiąc to, chce mnie ratować. Dokąd dalej – nie wiadomo, na północ, na wschód, a może jeszcze gdzie indziej? Wkłada mi do rąk wełniane skarpetki i radzi: ” proszę być ostrożniejszą w rozmowach”. Nie trzeba tutaj wymyślać ani skarpet, ani rady, nie ma takiej potrzeby. Coś takiego zapamiętujesz na całe życie. I jak można mówić o domniemywaniu w tym przypadku?

Te drobiazgi, które rzucały mi się Pani w oczy.

Męska i żeńska zona w Białowodzkim obozie były odosobnione. Któraś z kobiet powiedziała mi, że jestem proszona o podejście do kolczastego ogrodzenia. Z obozu był wywożony jeden z Polaków – Eugeniusz. Myślał, że na wolność, ja zaś myślałam, że jest naiwniakiem, uważałam, że na egzekucję. Chciał pożegnać się ze mną i zostawić na pamiątkę swoją menażkę. Wszyscy więźniowie, wychodzący do pracy, przywiązywali do pasa menażki. Miałam i ja, zardzewiałą, blaszaną. Jego była wojskowa i bardzo poręczna. Padał silny-silny deszcz. Zawołał: „Proszę łapać!” i przerzucił ją przez neutralny pas. Menażka wpadła do błota. Proszę sobie wyobrazić, z jakim uczuciem podniosłam, jak zmywałam błoto pod strumieniami deszczu. Tym bardziej, że woda dzielona w obozie nie przekraczała zawartości kubka.

I to bogactwo.

Więcej niż bogactwo. I tak wszystko.

Może pani już zadawano.

Rzecz jasna, że przeszłość odbiła się zdecydowanie na wszystkim. Nazwał Pan te uwarunkowania „kuchnią” życia. Stawiać punkty odniesienia, czy określać skalę egzystencji należało, jakby zupełnie z innej strony. Gdyby nie było takiego wyzwania losu, złożoności, bez których nie istnieje żaden ludzki los, można by było wszystko „ zrzucić na karb „ trudności życia” i w tym przypadku, byłabym zapewne inna. Natomiast należało wszystko przeżywać w zwyrodniałej atmosferze wypaczenia, ogromnego bólu, szkaradności, świadomości wielkiej niesprawiedliwości, braku zrozumienia”, Za co?, Dlaczego tak?”. Sądzę, że jest w nas coś, z czym przychodzimy na świat, jaki mamy stosunek do ludzi, w jakim stopniu są nam potrzebni itd.

Czy może Pani wymienić coś szczególnego?

Proszę o uściślenia „pańskiego specjalnego zainteresowania” w tym pytaniu?

Urodzenie syna, Gawroński.

Narodziny syna nie stały się tym, czego się spodziewałam. Stały się cierpieniem. I pozostają takim do dnia dzisiejszego.

Spotkanie z Aleksandrem Gawrońskim odnoszę do zwrotnych punktów mego życia. Areszt, obóz – spustoszenie w życiu. Zabrano wszystko. Brak gruntu, by życie stało się możliwe. Nie wiadomo ile jeszcze dane w ogóle. Brak jakiejkolwiek wiary w „jutro”. I nagle pojawia się człowiek, który potrafi patrzeć na życie mądrze, z ironią, śmiać się ze słabości, odkryć w nas samych zasoby życia, istnienia których nawet nie podejrzewaliście. Więcej: przekonać nas, że jesteśmy utalentowani, obdarzeni przez naturę, i że właśnie z tego należy czerpać radość, nie tylko dla siebie, ale i dla tych, którym też jest źle.

Wówczas świat przestaje być jednowymiarowy, zawężony, i sami zaczynacie otwierać okno na w kierunku zupełnie odmiennego obszaru duchowego. Właśnie tak! Od tego, kto ze spotkanych przezeń ludzi stanie się dla bliskim i ważnym zależy bardzo wiele.

Ja mogę wymienić te książki?

Czy mogę prosić o skonkretyzowanie?

… aresztowanie.

Zrozumiałam.

… jak Pani wpadła do tego nurtu.

Nie mam takiej wizji książki. Dla mnie .. jest ona rzeką, do której przelałam wszystko. Rzeka płynęła obok określonych ziem… Ja nie pisałam powieści kobiecej.

Powiedziałem zbyt dosłownie

Obóz dotknął mnie w wieku, kiedy nie byłam jeszcze ukształtowanym człowiekiem. Kształtowałam się w prądzie życia. Sądzę, że właśnie ono było sprawą nadrzędną. W podświadomości, rzecz jasna. Chciałam przeanalizować i pojąć, jak to się stało, że uszłam z życiem. W Szkole Teatralnej w charakterze pedagoga pracowała Anna Władimirowna Tamarczenko, która dowiedziawszy się, że piszę wspomnienia, powiedziała: „Proszę pisać, kierując się jednym: „Tak było na Ziemi”. Na pierwszy rzut oka, myśl została sformułowana niezbyt skomplikowanie, ale mądrze. O tym i pisałam: w moim przypadku na Ziemi było tak.

Jeśli mówimy o reakcji kobiet na książkę, to jest ona dla mnie niezwykle ważna i droga. Ale opinie mężczyzn również wysoko sobie cenię. Bywają nieraz zadziwiające. Pewien Pan powiedział: „Wie Pani, ta książka została napisana dla mnie”. Lub jeszcze, dla przykładu, w relacji kobiety: „Patrzę, siedzi jedną noc na kuchni, drugą. Płacze – nigdy go nie widziałam płaczącego. Z przekonania – komunista. Skończył czytanie, chodzi po mieszkaniu, w tą i z powrotem i mówi: Przecież nie mogło tego być, nie mogło! Ale ja, tej kobiecie, nie wiadomo, dlaczego, wierzę…”

Łudzę siebie nadzieją, że u mężczyzn i u kobiet zrodzi się jakiś obraz tragedii wieku.

Czy kontaktuje się Pani z Polską?

Powiem. Tylko pod warunkiem, że nie będzie to zaliczone do patetycznych tonacji. Polska zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. I jeszcze, jakie! Szczycę się nią. Pokochałam ją. Jestem Jej wdzięczna. Znalazłam tam przyjaciół. Kontaktuję się z nimi. Ale… od początku.

Polski temat, polskie motywy pojawiły się w, jak go określam, „innym życiu”, po okresie życia obozowego, po moim powrocie do Leningradu-Petersburga. Droga powrotu do rodzinnego miasta była długa. Wpisany do dowodu osobistego artykuł administracyjny nr 39, zabraniał zamieszkiwania nie tylko w stołecznych, ale i w portowych miastach kraju.

Wróciłam do domu tylko w 1959 roku. Trzeba było wszystko rozpoczynać od nowa. Znalazłam pracę. Rozpoczęłam naukę w Szkole Teatralnej.

Młody kolega z okresu pobytu na północy Aleksander Żołądź opowiedział o „takim losie” swoim kolegom. Ci opowiedzieli jeszcze komuś. Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie z konsulatu polskiego „na kawę”. Początkowo potraktowałam je, jak wyrafinowaną polską mistyfikację. W moich oczach wszystkie urzędy państwowe i organizacje były zdyskredytowane cierpieniem ludzkim. Nie mieli w moich oczach żadnego autorytetu.

Konsul generalny Bolesław Kapitan był bardzo uprzejmy. Z zainteresowaniem pytał mnie o ojca i o mnie. Byłam zdziwiona. Opowiedziałam mu o moich spotkaniach z rodakami w obozach Azji Środkowej. I na tym, sprawa by i utknęła.

Jestem przekonana, że powtórne zaproszenie do konsulatu generalnego przy niezapomnianym Zdzisławie Nowickim zawdzięczam tylko Teresie Konopielko.

A przecież się powtórzyło! Dziękuje jej.

Przy konsulacie można było uczyć się języka polskiego. Na Cmentarzu Lewaszowskim został postawiony pomnik pamięci zamordowanych Polaków. Represjonowani Polacy zaczęli się spotykać ze sobą, rozmawiać. Konsul Generalny Zdzisław Nowicki pojechał osobiście do obozów w Komi, gdzie spędziłam tyle lat i po to, by na miejscu określić ile zostało pomordowano tam Polaków. Mnie to zdumiewało.

Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe „Polonia” zorganizowało w konsulacie prezentację mojej książki „Życie – bucik nie od pary”.

Pewnego dnia Pani Teresa Konopielko zawiadomiła mnie o prezencie, który został wymyślony przez konsulat przy okazji mego jubileuszu: „Wyjazd do Poznania!” Wyjazd był fantastyczny. Na Uniwersytecie w Poznaniu, zobaczyłam, z jakim pietyzmem przechowywanym są wspomnienia, dokumenty i publikacje osób represjonowanych. Rozmowy na temat dialogu kultur były niezwykle interesujące. Zapoznałam się z poetkę Ewę Najwer, którą wcześniej dzięki Anatolemu Niechajewowi, poznałam zaocznie. Byłam w Stowarzyszeniu Sybiraków. Obeszłam wszystkie muzea miasta. Domy moich znajomych zachwyciły mnie ciepłem i gościnnością. Pisarz Józef Ratajczak przetłumaczył i opublikował fragment z mojej książki. W drodze powrotnej spotkałam się z nadzwyczajnym człowiekiem – Ryszardem Kaliskim, z którym od dłuższego czasu korespondowałam. Wszystkiego nie opiszesz.

Czy można jeszcze dodać?

Proszę.

Przy następnym konsulu generalnym Jerzym Skotarku zostałam odznaczona orderem RP. Próbowałam spytać panią Teresę Konopielko, kto występował w tej sprawie. Nie zdradziła mi tego. Ale i tak wiem .

Z ogromnym wzruszeniem przyjęłam wysokie odznaczenie – Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP.

A jeszcze kilka słów, można?

Jak najbardziej.

Nawet nie zdaje Pan sprawy jak bezpodstawna i naiwna, według mnie, była wiara w swoje państwo, w swój rząd u spotykanych przeze mnie w obozach środkowo azjatyckich, Polaków. Twierdzili: „Jeśli nas nie zwolniono na Boże Narodzenie, to zrobią to, z całą pewnością na Wielkanoc”

Jakże „mocno zakorzeniona i organiczna jest ludzka wiara w „BYĆ”! I POWINNA BYĆ TAKOWĄ!

Petersburg, 1998 rok

Odeszła Tamara Pietkiewicz. Bała się tego momentu. Przeżyła niezwykłe Życie. Zostawiła po sobie smugę głębokiego żalu a jednocześnie nadzwyczajnej wdzięczności Opatrzności za chwile rozmów i spotkań. Była Wielka w swojej skromności i rozumieniu naszych niedoskonałości. Potrafiła otoczyć każdego z nas Miłością i Wiarą w życie. Umiała przebaczać! Kochaliśmy Ją. Uczucie to zostanie na długie lata!

Droga Pani Tamaro! Bądź na zawsze wśród nas. Nie bój się. Przekroczyłaś drogę do Wieczności. Wieczny Pokój!

Gazeta Petersburska składa wyrazy głębokiego współczucia i żalu Rodzinie, Najbliższym, wszystkim tym, którzy mieli szczęście poznać kiedykolwiek Panią Tamarę Pietkiewicz.

Teresa Konopielko, Redaktor naczelna