Eda jest... poetką urodzoną w 1959 roku, czego w ogóle po niej nie widać. Jej głos w słuchawce telefonu brzmi wcale nieudawanym zalotnym szczebiotem nastolatki, a jednak EDA OSTROWSKA to autorka kilkunastu tomików dojrzałej, dramatycznej poezji i niezliczonych wierszy publikowanych w prestiżowych pismach literackich, doceniona przez krytyków już jako 18-latka. Jej tomik Baranek zabity (2006) składa się wyłącznie z poetyckich dedykacji, których adresatami oprócz przyjaciół jest pół parnasu polskiej literatury, m.in. Wisława Szymborska i Julia Hartwig, znani publicyści jak ks. Adam Boniecki, politycy, krytycy, literaturoznawcy… Najnowszy tomik poetki Dojrzałość piersi i pieśni – wypełniony wierszami prostymi w formie, choć gęstymi od znaczeń – miał swoją premierę w październiku 2011 roku. Zapytana o to, jak czuje się z tym, że należy do najwybitniejszych polskich poetek, odpowiada, wybuchając śmiechem: „Ja z tym muszę żyć od tylu lat!”.Z Edą umawiamy się w kawiarni na lubelskim Starym Mieście. Wbiega spóźniona, bo gdzieś zgubiła drogę, nogi powiodły ją w innym kierunku. To, co denerwujące u innych, w zachowaniu Edy ujmuje, zapominamy więc o spóźnieniu, bo zaczynamy chrupać jabłka, którymi częstuje nas na powitanie. Wygląda pięknie, cała obleczona w biel, pasującą do jej srebrzystosiwych długich włosów, które co chwila zalotnie odrzuca na plecy. Otacza się ulubionymi przedmiotami – książkami, które właśnie czyta, małym pudełkiem, z którego podjada bakalie, wreszcie swoimi wierszami. A one mają niezwykłą formę – poetka przepięknie kaligrafuje je czarnym atramentem na maleńkich karteczkach. Tych fiszek nosi przy sobie mnóstwo, zarówno pustych, czekających na uchwycenie natchnienia, ale też zapisanych, z których czyta na dzień dobry:
Mamy to czego
nie ma żaden święty relikwie w puzderku zatrzaśnięte z palety kobiety Eda jest znad Buga.
Wyrosłam nad Bugiem
gdzie orzeł w porożach koronę przegwizdał Cielę o zielonych oczach […] [1996]
– napisała o sobie poetka urodzona w Sławatyczach na lubelskim Podlasiu, tam gdzie spotykają się Polska, Białoruś i Ukraina. Nadbużańska Eda była melancholijna i rzeka ją pociągała, obiecując karierę topielicy. Wprawdzie „Bug jest zdradziecki i czasem może przechytrzyć”, mówi, jednak poetki nie przechytrzył.
Eda: Bug jest do forsowania, do przekraczania granic. Przepływałyśmy go z siostrą z jednej strony na drugą. Polskiej i radzieckiej ochronie pogranicza czasem nawet udawało się nas złapać.
Pewien pogranicznik zabrał się do tego szczególnie wyrafinowanie, bo malował 19-letniej Edzie portrety, mając oczywiście nadzieję, że twarz młodej poetki to dopiero wstęp do znacznie bardziej elektryzujących aktów. Odpowiedziała mu wierszem:
dlaczego mi nie smakują pocałunki
tak zwyczajnie jak marchew czosnek czy lipa pewnie dlatego [1978]
Jednakże nadbużańska ziemia nauczyła Edę nie tylko, jak być femme fatale pograniczników. Nauczyła też śpiewać, wyrobiła ucho do melodii słów – i pięknej, i nieraz twardej, co we współczesnej poezji jest zjawiskiem coraz bardziej unikatowym.
Eda: Wtedy o tym tak nie myślałam, ale „Bug” brzmi jak „Bóg”. I to nie jest przypadek, że wciąż mi towarzyszą.
Powiedzieć o Edzie Ostrowskiej, że jest poetką z Bożej łaski, to za mało. Ona jest rajskim ptakiem poezji. Jest poezją samą. Nim się jednak ten cud wcielenia dokonał, była cierpieniem i bluźnierstwem, skargą i krzykiem, buntem i płaczem, wreszcie ufnością i oddaniem. A teraz staje się pokarmem i pieśnią. Pokarmem lekkim jak opłatek, pieśnią jasną jak świt.
Maria Jentys-Borelowska, krytyk literacki, pisarka Eda jest chrześcijanką,
więcej, była nią, zanim uwierzyła. Słysząc hasło „poetka chrześcijańska”, krzywi się z niesmakiem, i słusznie, bo jej poezja nie ma nic wspólnego z cukierkową pobożnością. Już same tytuły wielu jej tomików: Krew proroków (na twoich rękach) z 1994, Parszywe nasienie Abrahama z 1996, Śmiech czy łaska z 2010, Baranek zabity z 2006 czy jak dotąd najbardziej reprezentatywny wybór wierszy Ostrowskiej Nie znałam Chrysta z 2003, brzmią jak wykrzyczane frazy mistycznego dialogu. Taka wiara to nie plaster na odciski, to dynamiczny i dramatyczny proces, bo i Eda, i Bóg znad Buga bywają równie miłośni co nieznośni, oboje zachłannego serca.
Jeżeli Bóg jest
żywy i chodzi od chaty do chaty a wali się na wyrko urobiony w gnoju to moja nienawiść do matki i ojca ma usprawiedliwienie w Jezusie Chrystusie […] [1998]
– wyrzuca mu Eda, by w innym wierszu pytać pokornym głosem biblijnej Oblubienicy:
Kocham Cię Panie lecz
nie wiem czy pragniesz za żonę pojąć kobietę płochą ona Ci usta kantyczką wygładzi westchnieniem komnatę rozszlocha […] [1983]
Eda: Ale to przecież wcale nie jest o Bogu! To jest o mężczyźnie, którego kochałam jako 22-latka.
– O mężczyźnie? Przecież piszesz o nim „Panie”, i to wielką literą!
Eda: Bo ja mam nabożeństwo do mężczyzny. Bóg też jest mężczyzną, przecież to trop mistyczny! Dlatego te dwie namiętności przenikają się i dlatego ten wiersz można różnie czytać.
W jeszcze innym wierszu, już ponad wszelką wątpliwość o Bogu, Eda twardo deklaruje:
Od Boga wyszłam
i do Boga idę z zakrzywionym nożem księżyca w ręku moja jest udręka i niepokój o życie wiecznie udzielające się świętym [2004]
Edy Ostrowskiej wiersze takie są, że trzeba je czytać na kolanach, a potem całować rąbek sukni poetki.
Marta Fox, pisarka, poetka Co więcej, wiersze Edy układają się w liturgiczno-biograficzny kalendarz. Ogromną ich część sytuują w czasie i przestrzeni dopiski: „Lublin, 11/12 czerwca R.P. 1989 nocą, klęcząc w postawie karmelitańskiej na szmatce z adamaszku”, „Wesoła, 14 grudnia R.P. 2003, św. Jana od Krzyża kapłana i doktora Kościoła” czy „Włodawa, 25 grudnia R.P. 1988, Boże Narodzenie w południe, krojąc skórkę z pomarańczy”. A to znaczy, że
Eda jest poetką
– co dla niej znaczy: nie ściemniać. Nie pisze o tym, co przeczytała, ale co przeżyła. Nawet gdy zdarzy jej się aluzyjnie ugryźć kawałek cudzego wiersza, to miłosne kąsanie, nigdy pasożytnictwo. Bo koniec końców czy Eda potrafi nie mówić o Edzie?
Jestem młodą narzeczoną
zakochaną w sobie lubię niebo granatowe i w kołysce nocy czyjeś oczy księżycowe […] [1996]
Eda Ostrowska to jedna z najwybitniejszych współczesnych poetek polskich, napiętnowana cierpieniem, odrzuceniem, brakiem akceptacji zarówno przez otoczenie, jak i siebie samą.
prof. dr hab. Józef F. Fert, prorektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Eda: Poezja to zabawa na śmierć i życie, ponieważ nie ma rozdzielenia między twórczością i życiem, jest jedno. A ponieważ dla mnie wszystko jest traumatyczne, to właśnie poezja daje mi w granicznych chwilach taką moc, że wybieram życie. To jest fizjologia! Dziś Eda panuje nad słowem, wraca do swoich wierszy, poprawia je albo wyrzuca. Jednakże Józef F. Fert – dziś prorektor KUL, w latach 70. nauczyciel języka polskiego w liceum we Włodawie – musiał być nielicho zaskoczony, gdy jako młody belfer zobaczył przed sobą poetycki i nieobliczalny nastoletni żywioł, bez opamiętania wylewający z siebie strofy, co najdziwniejsze w tym wieku, zaskakująco świeże i dobre. A oprócz żywiołu zobaczył pogubioną dziewczynę, klasowego kozła ofiarnego, który nade wszystko pragnął zrozumienia. Eda udowodniła swoją wartość, w wieku 17 lat debiutując w „Kamenie”, by krótko później, jako 19-latka, zostać odkryciem jednego z najbardziej prestiżowych pism literackich, „Twórczości”.
Eda: Dopiero teraz wiem, jaki miałam fantastyczny debiut, że niemal stworzyłam o sobie mit. Gdyby ktoś mi wówczas powiedział, jakie to było ważne, tobym nie zrozumiała. Byłam zanurzona w swoim świecie jak w akwarium, ale gdybym miała dzisiejszą samoświadomość, nie uniosłabym jej. Zupełnie nic nie rozumiałam i leciałam w ogień jak ćma. Wiele przeżyłam, wiele doświadczyłam i sporo przegwizdałam. Ale w końcu śmierć to rozpasanie życia.
Pewnie dlatego młoda Eda była „totalnie bez hamulców”, jak mówi.
Eda: To było niesamowicie cudowne być całkowicie sobą do końca, być szczerą. Edą-chemią, Edą-heroiną, która obrabiała pola makowe; wszyscy zaćpani, nawaleni, milicja, chryja, a potem wielka muzyka i wielki czad.
– Ale teraz jesteś inna!
Eda: Wcale nie jestem inna! Przychodzę na eucharystię i też nie czuję podłoża, nie czuję rzeczywistości, śpiewam w chórze anielskim, tylko teraz nie potrzebuję chemii, bo mam Boga. Może tylko dlatego jestem inna, bo teraz coś wiem, a wtedy płynęłam naturalnie jak rzeka, jak ten Bug. Hipiska! Jeździłam autostopem tirami. „Pan jedzie na Wrocław?” „Nie, na Gdańsk”. „To może być Gdańsk!” Jem z kierowcami obiadki, palę marlboro, wtedy prawie nie do kupienia w Polsce. On mi trzyma rękę na kolanie, a ja mu głoszę Ewangelię, mimo że byłam wojująca z Bogiem. Jednakże Bóg w przedziwny sposób już wtedy był dla mnie bardzo ważny. Cieszyłam się życiem jak jabłkiem w dłoni. I nadal się cieszę. Moglibyście pić w trupa, a ja i tak bym was rozbawiła, pijąc tylko sok porzeczkowy! To wynika po prostu z pragnienia przeżywania każdej chwili do końca, jak chwili ostatecznej. To wyłazi ze mnie jak karaluchy, które wyłażą w akademiku, kiedy zapali się światło.
Tymczasem z Edy niczym karaluchy wyłażą wiersze. Kłębią się na małych karteczkach rozłożonych na kawiarnianym stoliku, każda zapisana ozdobnymi, okrąglutkimi literkami wzorowej uczennicy – takiej, która zawsze podkreśla w zeszycie temat lekcji i równo rysuje marginesy. Trudno uwierzyć, że te kaligrafie wyszły spod ręki Edy pełnej chaosu, którego nawet nie próbuje ukrywać ani w rozmowie, ani w poezji.
W bezludnych wierszach
deszczu złota hreczka szałaput wiatru i poeta z rozgwiazdą słońca na dnie oka tam Bóg i sroka i obłoków mendel piękne wszystko nawet rozpacz wieczna [2004]
– Edo, to wszystko napisałaś wczoraj? – pytamy, kiedy na stoliku brakuje już miejsca.
Eda: Nie, wczoraj tylko siedem. Ale innego dnia, kontemplacyjnie myjąc podłogę, napisałam czterdzieści siedem. To był mój rekord! Kontemplacyjne mycie podłogi to cudowna pozycja: na kolanach, ze szmatą, nie z żadnym mopem! Myję, nagle zdejmuję rękawice i zapisuję wiersz. Czasem jest ich bardzo wiele, nie zawsze dobrych, czasem mniej, ale podłogę myję codziennie. Boję się brudu.
– Poeta musi mieć w domu czysto?
Eda: W sobie musi mieć czysto, bo poeta to straceniec, ideowiec, który pragnie dotknąć najwyższej Prawdy. Myślę, że tylko to dotknięcie daje właściwe spojrzenia na twórczość i dystans. Kiedyś nigdy nie odnosiłam się do swoich tekstów, nie umiałam w nich niczego naprawić ani zepsuć, ale teraz krytycyzm rośnie we mnie jak wielka bula. I tu nie chodzi o to, że coś cyzeluję, po prostu widzę nową prawdę, nowe rozwiązanie, inne zakończenie. Dawniej moją prawdą było czuć się młodą, piękną, jedyną. Uwielbiałam to! A teraz uwielbiam być taka dojrzała, taka mądra!
Eda jest kobietą,
i to nie byle jaką. Nawet kiedy myje podłogę, pogardzając mopem, jest diwą, kobietą wymarzoną, niedoścignioną. Femme fatale od mocnych wrażeń i księżniczką potrzebującą opieki.
Mirkowi P.
Dobry człowiek
nie rani sikorki poetki raczej sam rzuca się na miecz i z bukietem krwi żyje najzwyczajniej pięknie [2004]
Eda: Mirek P. to przyjaciel, z którym kiedyś rozmawialiśmy przez telefon moimi wierszami: on mówił jeden wers, ja drugi i taki prowadziliśmy dialog. A raz Mirek przewiózł mnie samochodem, czarnym, luksusowym, bomba! Padał wielki deszcz, a Mirek włączył super muzykę, oczywiście poważną, ale na maksa, i jechaliśmy bardzo szybko po mieście. Obiecał: „Zobaczysz, to będzie wielkie przeżycie!” „Jakiego w środku miasta mogę doświadczyć przeżycia?”, nie dowierzałem. Jednak samochód jakby się unosił i rzeczywiście, mogę to porównać tylko z morzem i górami. Kapitalne!
To dobrze, że Eda nie ma prawa jazdy, bo kto wie, czy nie zginęłaby jak Isadora Duncan.
– Morze i góry? A Lublin, twoje miasto? Naprawdę jest nieciekawe?
Eda: Kocham miasto. W mieście się wszystko mieści, łączy, przeplata. Zwłaszcza w Lublinie, który ze swoimi zielonymi wąwozami jest i miejski, i wiejski. A pamiętam go przecież, jak był malutki, krótki rękawek. Tam, gdzie mieszkam, całkiem niedawno były jeszcze gospodarstwa. Lublin na moich oczach powstaje, rozkwita, panoszy się i gniadoszy. A ja jestem teraz kulturowa krowa i nie wiem, czybym się odnalazła w jakiejś puszczy, gdzie ludzie budują sobie domy i myślą, że uciekną tam od cywilizacji. W mieście czuję się świetnie, bo anonimowo. Można się szwendać, snuć, ginąć w dusznym tłumie, mamrotać różańce pod nosem, oglądać piękne gzymsy… To fosforyzujące piękno, te wytwory rąk ludzkich teraz we mnie nawet bardziej rezonują niż przyroda.
Poetka wrosła w miejskie życie również za sprawą domu i syna, bo
Eda jest matką
i autorką wzruszającego Wierszownika dedykowanego synowi i w całości poświęconego poetyckiemu spojrzeniu na role matki i żony. Ponieważ jednak Eda nie ściemnia, nie ma sensu szukać w nim strofek nadających się na laurki. Chociaż pełno tam miłości, to niekiedy bardzo trudnej.
Zepsutym mamom
okrutne dzieci wyjmują z oczu paciorki czy to jest w porządku [2006]
– Czy to znaczy, że dziecko bywa potworem?
Eda: Wcale nie! Przecież ono to robi z miłości, bo chce dotknąć, wyjąć, mieć na zawsze! Kogoś z boku to może irytować, ale to okrucieństwo jest bardzo piękne, ciekawe. Dzieci są przepięknymi poetami, tylko my je potem psujemy.
Eda smutnieje. Bo jest zepsutą mamą? Czy może zepsutą poetką? W to akurat trudno uwierzyć, bo po ostatnim tomiku wydaje się wręcz w szczytowej formie. A nawet odsłania swoją kolejną twarz – tym razem
Eda jest… e-Edą.
Jak żaden poeta Eda Ostrowska znalazła swój oryginalny pomysł na pozornie niepoetyckiego Facebooka. Nie pisze zwykłych komentarzy i zwykłych statusów, każdy jej wpis jest wierszem. Wierszem, dodajmy, zaraźliwym, bo czyż wypada odpowiedzieć poetce tak prozaicznie – prozą?
Eda: Wcześniej taką poezję uważałabym za służalczą. Dopiero teraz znajduję w sobie taką gotowość i wolność, że mogę napisać na każdy temat i wpisać w to siebie. To się bierze z cierpienia.
– Trzeba cierpieć, żeby być poetką?
Eda: Żeby być człowiekiem, trzeba cierpieć. Cierpienie idzie w parze ze szczęściem, bo przecież nie można doświadczać ulgi, skoro się nie czuło bólu. Poezja to sposób na mądre przecierpienie życia.
Daj Panie
dożyć tej chwili anielskiej kiedy wiersz osiągnie dojrzałość piersi i pieśni [2010]
– Co to będzie za chwila? – pytamy, spoglądając na ostatnią stronę najnowszego tomiku poetki.
Eda: Ile razy mówię ten wiersz, mylę się i zamiast „chwili anielskiej” mówię „chwili bolesnej”. A może wcale się nie mylę, bo to jest przecież o śmierci, o tym momencie, gdy po mojej trwającej ponad 50 lat agonii nagle się całkiem odczłowieczę, zanielszczę. To jest ból, którym żyję od wczesnej młodości.
Eda Ostrowska to wulkan poezji na wysokich obrotach! Dlatego współpraca z nią bywa… hm… specyficzna, ale efekty ciekawe. Zapraszam na poświęconą jej stronę internetową w Leksykonie naszego ośrodka (www.edaostrowska.teatrnn.pl).
Adam Marczuk, Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie LUBLIN – MIASTO POEZJI
Eda Ostrowska po długiej nieobecności na lubelskiej scenie literackiej zaistniała na nowo m.in. dzięki Festiwalowi Literackiemu „Miasto Poezji”. To wydarzenie organizowane od 2008 roku przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” (wydawcę najnowszego tomiku poetki) ma na celu zaprezentowanie Lublina jako ośrodka literackiego oraz przypomnienie, że to właśnie z tym miastem związani są tacy poeci, jak Józef Czechowicz, Edward Stachura czy Julia Hartwig. Podczas festiwalu sąsiaduje ze sobą twórczość wybitnych współczesnych poetów (między innymi Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Tomasza Różyckiego, Ryszarda Krynickiego, Piotra Matywieckiego) z debiutami młodych. Co roku odbywa się kilkadziesiąt wydarzeń (od koncertów, przez wystawy, spektakle, happeningi, wieczory poetyckie, po wykłady i spotkania), wśród których najpopularniejsze stały się „Mieszkania Poezji”. Początkowo ta inicjatywa miała sprawić, by poezja wkroczyła w prywatne przestrzenie, a poeta stał się bliższy swoim czytelnikom. Jednak zainteresowanie nią rosło z roku na rok, co przyniosło rozszerzenie obszaru obcowania na kawiarnie, uniwersytety, biblioteki. I tam, tak jak w mieszkaniach, organizowane są kameralne spotkania. Na jednym z takich wieczorów wystąpiła Eda Ostrowska w duecie z przyjacielem Tadeuszem Karabowiczem. Serca uczestników spotkania ujęła w mig, gdy zaśpiewała swoje misteria. Na inne wydarzenie poetyckie w ramach festiwalu przyszła z plikiem karteczek, które przed wyjściem na scenę szybko uzupełniała, ponieważ obiecała sobie, że tego wieczoru zaprezentuje publiczności skończony cykl. Śpiewa, dopisuje na bieżąco czy czyta – tak samo czaruje i hipnotyzuje. Choćby występowało z nią kilku wspaniałych poetów, uwaga skupi się tylko na niej, z czego sama zdaje sobie sprawę:
– Nie lubię się gnieździć, najlepiej byłoby, gdybym miała cały festiwal dla siebie! Lubię brylować sama, te konie, które mam w sobie, chcę puścić wolno, bo czuję, że mam potencjał, możliwości. A młode pokolenie jest bardzo pewne siebie i ekspansywne. Może kiedyś też szalałabym jak oni… Byłam fajna, zakręcona, najbardziej niepoważna, wojująca. Teraz nie grozi mi, że będę w jakimś towarzystwie najmłodszą, ale najbardziej szaloną zawsze mogę być!
Czy to jest dojrzałość piersi i pieśni?
Marcin Wroński, Katarzyna Krzywicka
|
|
|