Marcin Wroński: Lubelski tygiel

Jak twierdzili alchemicy, nawet banalny ołów, smrodliwa siarka czy wydzielająca szkodliwe opary rtęć mogą zrodzić złoto. I choć nie sprawdza się to w świecie chemii, alchemia działa w świecie ludzi, gdy różne kultury, jednostki i geny zacząć podgrzewać w retorcie miasta. Tak właśnie powstał mit Nowego Jorku. Tak narodziła się jagiellońska wizja Polski. Tak też kwitł Lublin.

Jak twierdzili alchemicy, nawet banalny ołów, smrodliwa siarka czy wydzielająca szkodliwe opary rtęć mogą zrodzić złoto. I choć nie sprawdza się to w świecie chemii, alchemia działa w świecie ludzi, gdy różne kultury, jednostki i geny zacząć podgrzewać w retorcie miasta. Tak właśnie powstał mit Nowego Jorku. Tak narodziła się jagiellońska wizja Polski. Tak też kwitł Lublin.

1944
Jest wczesny ranek 3 maja w podkrakowskich Niepołomicach. Rodzice i najstarszy syn wyszli właśnie do kościoła, gdy do domu wpadają Niemcy. Zastawszy tylko dziewięcioro dzieci, czekają, bo doniesiono im, że tu ukrywa się Żyd. Po południu przychodzi matka, kroi chleb na cienkie kromki, tak by wystarczyło dla wszystkich dzieci. Wtedy jeden z Niemców nie wytrzymuje:
– Pomagacie Żydom, a u was bieda. My was bronimy przed bolszewikami, a bolszewicy to Żydzi.
– Dobrze wiem, co to bolszewicy – słyszy od kobiety – ale gdyby panu groziła śmierć, tobym pana ukryła.
Kim była ta odważna matka? Nazywała się Lubow Czumowa, z domu księżna Szujska. Jacy są bolszewicy, wiedziała lepiej niż ów Niemiec, bo to oni wymordowali jej rodzinę. Jednak przez fakt, że Trocki był Żydem, nie czuła się zwolniona z chrześcijańskiego obowiązku pomocy bliźniemu – w tym wypadku synowi żydowskiego adwokata z Lublina, Adasiowi Katzowi, który na oczach Niemców jadł chleb wraz z jej własnymi dziećmi.
Kim zaś był ojciec tej rodziny? Nazywał się Ignacy Czuma, w czasie I wojny światowej trafił jako jeniec do majątku książąt Szujskich, gdzie zakochał się z wzajemnością w 17-letniej Lubow. Ta miłość uratowała jej życie, bo Ignacy zaraz po ślubie wywiózł młodą żonę do Polski. W okresie międzywojennym wykładał prawo i skarbowość, był też dziekanem, a potem prorektorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – uchodzącego za kuźnię kadr endeckich i jedną z bardziej nietolerancyjnych uczelni II Rzeczpospolitej. W 1940 r. cudem uniknął śmierci w niemieckim więzieniu na lubelskim Zamku, a mimo to jakże niepraktycznie znów naraził życie swoje i rodziny. 
Tak pod Krakowem splotły się lubelskie losy Polaków, Żyda i Rosjanki. Lecz sięgnijmy głębiej...

Ignacy Czuma (fot. z www.pl.wikipedia.org)

1920
W samym czasie, gdy Lubow i Ignacy Czumowie uciekali przed bolszewikami do Polski, do Lublina przybył Ludwik Hartwig – Polak, przed rewolucją właściciel zakładu fotograficznego w Moskwie, i jego żona Rosjanka, Maria z domu Biriukow.
Ich syn Edward Hartwig miał jedenaście lat, gdy ojciec wręczył mu aparat fotograficzny ze statywem, trzy kasety z kliszą i kazał iść robić zdjęcia na lubelskim Starym Mieście. Tak jak apodyktyczny ojciec Beethovena surowymi nakazami stworzył ze swego cokolwiek krnąbrnego syna genialnego kompozytora, podobnie i Ludwik Hartwig – sam znakomity fotografik – wykształcił artystę większego od siebie. Bo kiedy chłopak spojrzał przez obiektyw, narodził się w nim czołowy fotograf Lublina, który z miłością portretował to miasto przez kilkadziesiąt lat.
 

Kiedy Edward stawiał pierwsze kroki jako fotografik, urodziła się jego siostra Julia Hartwig – przyszła poetka, laureatka wielu prestiżowych nagród. Choć doceniła to dopiero niedawno, jej poezja narodziła się w lubelskim tyglu pod mądrą opieką matki. Bo Maria z d. Biriukow – choć jak na Rosjankę przystało prawosławna – pierwsza wymyśliła ekumenizm. Póki żyła, prowadzała swoją córkę zarówno do cerkwi, jak i do katolickiego kościoła, ucząc ją w praktyce pierwszego przykazania, że Bóg jest jeden. Jakże miło byłoby zobaczyć w podobnej roli najsławniejszego polskiego redemptorystę T. Rydzyka lub patriarchę Moskwy Aleksego II!

Edward Hartwig (fot. z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”)
 

Pani Maria i jej mała córka, idąc z katolickiej katedry do pięknej cerkwi Przemienienia Pańskiego, musiały się zanurzyć w dzielnicę żydowską. Julia Hartwig powiedziała po latach:
– Jak się zbliżało do dzielnicy żydowskiej, to był zapach czosnku, cebuli, śledzi, z tych sklepików kolonialnych, poza tym trochę dymu. To był inny zapach niż w innych częściach miasta. Na Krakowskim [Przedmieściu – głównej ulicy „polskiego” Lublina] to się w ogóle nie czuło, że tam ludzie mieszkają. Było wiadomo, że za tymi oknami ktoś tam jest, ale na Starym Mieście się czuło, że tam naprawdę mieszkają ludzie, że jedzą i rozmawiają, i żyją ze sobą. Najbardziej tajemnicze to były dla mnie te okolice Bramy Grodzkiej, i właściwie te miejsca, które się odwiedzało tak rzadko, które były takie niezwykłe, to działało na moją wyobraźnię.
Na wyobraźnię Julii musiała działać też ulica Złota, którą pięknie sportretował jej brat.
Julia Hartwig (fot. www.pl.wikipedia.org)

1872
To rok ważny i dla ulicy Złotej, i dla całego Lublina, choć wydarzenie, o którym będzie mowa, odnotowano co najwyżej w kronice towarzyskiej. W tym roku odbył się bowiem ślub Pauliny z Goetzów, córki Niemca i Francuzki, oraz Sergiusza Riabinina, carskiego urzędnika, w którego żyłach płynęła ponoć krew wszystkich narodów Wszechrusi. Państwo młodzi zamieszkali przy Złotej 3, gdzie dziś mieści się Muzeum Literackie im. J. Czechowicza. Ich najmłodszym dzieckiem był Jan Riabinin. Gdy rozpoczynał naukę w lubelskim gimnazjum, zmagał się już z wywołaną ciężką chorobą wadą słuchu. Gdy kończył jako prymus IV Gimnazjum Klasyczne w Moskwie, a potem – również ze świetną lokatą – wydział historii tamtejszego uniwersytetu, był już całkiem głuchy. Trudno sobie dziś wyobrazić hart ducha i upór tego młodego człowieka – rzecz nie działa się przecież w czasach, kiedy niepełnosprawny mógł liczyć na jakąkolwiek taryfę ulgową. Był kaleką – smutne, ale to jego problem.

Magia ulicy Złota w obiektywie E. Hartwiga – lata 20–30. XX w. (fot. z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”)

W 1904 r. Jana Riabinina przyjęto jako archiwistę do moskiewskiego archiwum MSZ i pewnie by tam pozostał, gdyby nie rewolucja bolszewicka. Moje miasto powinno znów postawić Leninowi choćby skromny postumencik z napisem: „Dziękujemy za księżną Szujską, Hartwigów i odzyskanie Riabinina”, bo niechcący wódz bolszewików oddał Lublinowi wielką przysługę. Zresztą Riabinin, choć wychowany na stuprocentowego Rosjanina, w polskim Lublinie wciąż czuł się u siebie zgodnie ze swoją dewizą: „Najważniejszą rzeczą w stosunku do rodzinnego miasta jest miłość”. Z równą pasją, z jaką w Moskwie opracowywał akta polskich urzędów wywiezione w 1795 r. przez gen. Suworowa, teraz zajął się lubelskimi archiwaliami, które chaos wojny i genetyczne chyba bałaganiarstwo lublinian pozostawiły w stanie kompletnego nieładu. Tak powstały m.in. Dawne księgi miejskie lubelskie, Liber privilegiorum civitatis Lublinensis i wiele innych materiałów, które wciąż są biblią dla każdego, kto zajmuje się historią tego miasta.
Jan Riabinin, nie wypierając się swej narodowości i kultywując w domu rosyjską kulturę, potrafił być jednocześnie polskim obywatelem w najlepszym znaczeniu tego słowa. Pracował niestrudzenie nad archiwaliami, pisał kolejne prace. A jeśli czasem pozwalał sobie na luksus bezproduktywnego wyjrzenia przez okno, naprzeciwko swej kamienicy widział inną – pod adresem Złota 2. Tam z kolei mieszkała żydowska rodzina Arnsztajnów, której zasług dla Lublina również trudno przecenić.

1914
W tym roku z inicjatywy Józefa Piłsudskiego, wówczas jeszcze powszechnie uważanego za socjalistę, powstała tajna Polska Organizacja Wojskowa, zaś Złota 2 stała się arsenałem, archiwum, punktem kolportażu, niemalże sztabem generalnym na Lublin i okolicę. O późniejszych losach tej niezwykłej rodziny i magicznej kamienicy pisze Hanna Krall w swojej znakomitej książce „Wyjątkowo długa linia”, my skupmy się na głównych bojowcach POW ze Złotej – Marku i Franciszce Arnsztajnach.
On – choć sławny w mieście doktor medycyny i ordynator, u którego szczególnie chętnie leczyli się inni lekarze – w świadomości lublinian pozostał jako „żywa kasa chorych”, ponieważ brał pieniądze tylko od tych, którzy mieli czym zapłacić, a biednym nawet zostawiał trochę grosza na wykupienie lekarstw. Nie przypadkiem gdy w 1930 r. zmarł na tę samą gruźlicę, z którą przez całe życie walczył, na jego pogrzeb przyszło 10 tys. Żydów i Polaków – prawie 10% mieszkańców miasta!
Ona – córka powieściopisarki Malwiny (Małki) Meyerson i ceniona poetka – przez ponad 30 lat była filarem środowiska kulturalnego Lublina. Interesowała się żywo dokonaniami młodych twórców, z którymi zresztą w 1933 r. założyła lubelski oddział Związku Literatów. Do lubelskich legend przeszła jej przyjaźń z Józefem Czechowiczem, w czy nie przeszkadzała ani prawie 40-letnia różnica wieku, ani skrajnie różna wyobraźnia poetycka, ani nawet to, że ich rozmowy polegały na pisaniu do siebie kartek, ponieważ pani Franciszka była już kompletnie głucha. Świadectwem ich zażyłości i wspólnych pasji jest napisany razem tomik poezji „Żywe kamienie” w całości poświęcony Lublinowi.

Franciszka Arnsztajnowa (fot. ze zbiorów WBP im. H. Łopacińskiego w Lublinie)

Jednak Lublin, ten wielonarodowy tygiel – choć postawiony na ogniu, by z nieszlachetnych metali uzyskać czyste złoto – jak w każdej pracowni alchemicznej produkował także przykre wonie i szkodliwe miazmaty. Franciszka Arnsztajnowa bywała atakowana przez środowiska prawicowe, których argumentację najlepiej wyraził publicysta warszawskiego pisma „Prosto z mostu”: żydowska poetka nie jest w stanie pisać dobrej literatury po polsku, ponieważ... jest Żydówką. Koniec i kropka, 2 x 2 = 4, co już dowodu nie wymaga... W obronie seniorki lubelskich literatów wystąpił poeta i dziennikarz Józef Łobodowski. Jeśli nawet nie pomogła jego polemika, z pewnością pomogło to, że w pisarskim światku Lublina, a nawet stolicy, każdy wiedział, że „Łoboda” trenował boks i potrafi dać po pysku.

Znów 1944
W tym samym czasie, gdy w podkrakowskich Niepołomicach księżna Szujska chroniła przed Niemcami żydowskiego chłopca, Lublin zażywał fałszywego splendoru tymczasowej stolicy Polski Ludowej. Istotnie, chyba nigdy jeszcze od czasu podpisania aktu unii polsko-litewskiej do tego miasta nie zjechało tyle ważnych person – głośnych i zadowolonych z siebie, bo przywiezionych w teczkach partyjnych sekretarzy z Moskwy i autami NKWD. Ten właśnie Lublin ze skwapliwym pośpiechem opuściła Julia Hartwig, by przez wiele lat o nim nie mówić. No bo co zostało z miasta, które znała? Nie żyła Arnsztajnowa zamordowana w warszawskim getcie, zabrakło też Jana Riabinina, ze świata żydowskich sklepów i piekarń pozostały gruzy.
Żołnierz radziecki stanął na cokole nad Lublinem pozbawionym trzech czwartych rozumu i połowy duszy.
Dziś żałujemy tego coraz bardziej. Teatr NN mieszczący się w Bramie Grodzkiej – na dawnym styku świata chrześcijańskiego i żydowskiego – próbuje ocalać resztki pamięci, ja usiłuję rekonstruować i przybliżać tamte czasy w swoich książkach, lecz amputowany rozum i wyrwana dusza nie regenerują się łatwo. Zwłaszcza trudno przychodzi to tym, którzy nie otarli się nawet o dawny tygiel i nigdy za nim nie tęsknili.
Przed śmiercią Sergiusz Riabinin – syn sławnego Jana, przyrodnik, profesor lubelskiej uczelni, poeta i człowiek starej daty – wraz z żoną Danutą podarował ukochanemu miastu zabytkową kamienicę przy Złotej 3 (to dzięki ich uprzejmości znalazło tam lokal Muzeum Czechowicza). Miasto kamienicę wzięło – wszak głupi by nie brał, kiedy dają – nie odwdzięczyło się jednak niczym, ponieważ pojęcia „wdzięczność” w przepisach administracyjnych nie ma. Władze II Rzeczpospolitej – te same, które w imię nawracania na polskość bez skrupułów burzyły cerkwie na Lubelszczyźnie, Wołyniu czy Podlasiu – dostrzegły i uhonorowały zasługi Jana Riabinina, mimo że ruskij i prawosławnyj. Tymczasem w III Rzeczpospolitej wdowa po jego synu czeka już 10 lat, aż lubelski ratusz przekaże jej mieszkanie w bloku warte wielokrotnie mniej niż darowizna.
Oby to były ostatnie przykre wonie, zanim na powrót odkryjemy zapomnianą sztukę transmutacji ołowiu, rtęci i siarki w czyste złoto – Czumów, Riabininów, Arnsztajnów. Zwłaszcza że mamy kryzys i złoto idzie w górę – tak w Lublinie, jak w St. Petersburgu.

Marcin Wroński, specjalnie dla polskiego miesięcznika w Sankt Petersburgu "Gazeta Petersburska"